Mijały minuty, godziny i dnie, a ja zaaklimatyzowałam się w Hogwarcie. Nawiązałam nowe przyjaźnie i nawiązałam wrogów w osobach Rona i Hermiony. Mile zaskoczyłam się za to postawą innych Gryfonów, którzy przyjaźnie na mnie patrzyli i od czasu do czasu zagadywali. Między mną, a Draconem nic się nie zmieniło. Nadal sobie nie przypominał mnie i nie zwracał uwagi na moją osobę, co mnie ogromnie raniło, bo polubiłam go. Mijaliśmy się obojętnie na korytarzu jak gdyby nigdy nic. Za to Damon spowrotem w postaci profesora Scotisha chodził po korytarzach i puszył się jak paw. Od naszej ostatniej rozmowy nie odzywałam się do niego. Nadal chowałam w sobie żal do niego. Draco w niczym tu nie zawinił. Zaskoczona i zasmucona byłam jednym faktem: jak człowiek może się zmienić przez te dwa miesiące. Dotychczas znałam Damona tylko z dwóch stron: złego, pozbawionego skrupułów i uczuć wampira zabijającego dla własnej przyjemności oraz czułego, troszczącego się o innych mężczyznę, który poświęciłby dla mnie nawet swoje życie. Osłoniłam swoją twarz kurtyną włosów. Siedziałam właśnie w bibliotece i robiłam zadanie na eliksiry. Nie mogłam się jednak skupić, bo myśli odbiegały mi do Damona i naszego niegdysiejszego związku. Przygryzłam końcówkę pióra. Prócz mnie w bibliotece były jeszcze dwie Krukonki i trójka dobrze znanych Gryfonów: Harry, Ron i Hermiona.
-Ron, niedługo masz OWUTEMY! Ja nie mam zamiaru zdawać ich za Ciebie! - dzięki udoskonalonemu zmysłowi słuchu, usłyszałam złowrogie fuknięcie dziewczyny. Rudowłosy jęknął. Chyba nie lubił się uczyć. Kąciki moich ust drgnęły ku górze. Zerknęłam na nich. Hermiona z groźną miną skrobała po swoim pergaminie jakby był czemuś winny. Ron siedział tuż obok niej cały zaczerwieniony aż po cebulki włosów z miną winowajcy, a Harry zażenowany pisał swoje. Czarnowłosy chyba wyczuł, że go dyskretnie obserwuję, bo podniósł głowę i jego wzrok stanął na mnie. Pomachałam mu nieśmiało, a on odwzajemnił gest z szerokim "bananem" na twarzy. Spuściłam wzrok i w skupieniu dokańczałam zadanie. Po kilku minutach odetchnęłam z ulgą i oparłam moje bolące plecy o oparcie krzesła. Pani Pince chodziła między regałami i groźnym wzrokiem obserwowała uczniów, którzy jej się nawinęli. Schowałam pergamin oraz przybory do pisania do torby. Zadania domowego miałam bardzo dużo, ale uwinęłam się z tym szybko i mogłam się udać z Vic do Hogsmeade. Wstałam i podeszłam do stolika, przy którym siedzieli Gryfoni. Zignorowałam nienawistny wzrok Rona oraz niechętny Hermiony i przywitałam się z Harrym:
-Cześć Harry. Miałbyś ochotę pójść ze mną i Victorią do Hogsmeade? - uśmiechnęłam się słodko. Sama nawet się zdziwiłam moją propozycją. Czarnowłosy podrapał się po głowie i popatrzył na swoich przyjaciół. Ron wzruszył ramionami i zaczął się wyżywać na pergaminie. Hermiona otaksowała mnie wzrokiem i rzekła:
-To będzie tylko i wyłącznie twoja decyzja, Harry. Zresztą ja muszę zostać w szkole, aby pouczyć tego nieuka. - tu spojrzała wymownie na Rudzielca. Ten jedynie jeszcze bardziej się wykrzywił. Było mi to bardzo na rękę. Jakoś nie przypadliśmy sobie do gustu.
-To w takim razie idę. Spotykamy się przed Wejściem Głównym? - spytał, ciesząc się. Ja na to tylko pokiwałam głową. Pożegnaliśmy się i wyszłam z biblioteki kierując się w stronę lochów. Chyba to był dobry dzień dla mnie: mało lekcji, dużo zadania domowego, wyjście do Hogsmeade. Jednak szybko mi dobry humor znikł. Przystanęłam. W zasięgu mojego wzroku stał Draco wraz ze swoimi przyjaciółmi. Śmiali się i wygłupiali. Przechodzący obok pierwszoroczni z trwogą na nich patrzyli i szybko przechodzili, niemal biegiem. Zdążyłam zauważyć, że wśród nich przodował Teodor Nott, a Diabła nigdzie nie było widać. Dziwne. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam prosto przed siebie. Czemu ja się tak spięłam? Przecież to tylko gówniarze, nie mogą mi podskoczyć. Przeszłam obok nich, gdy usłyszałam:
-Hej ty! Niunia! Dołącz do nas! - przystanęłam. Ten głos kogoś mi przypominał. Obróciłam się i spojrzałam w ich stronę. No tak, Nott. Ten przydupas i lizus. Przekrzywiłam głowę i skrzyżowałam dłonie na piersiach. Wyobraźnia zaczęła mocno działać. W myślach skręcałam temu gnojkowi kark i patrzyłam jak umiera w męczarniach. Niestety to były tylko moje urojone marzenia.
-Czego? - burknęłam niemiło. Chłopak działał na mnie jak płachta na byka.
-Uuu, patrzcie jaka niemiła. Czas ją nauczyć szacunku do mężczyzn. - tu Teodor zaśmiał się szaleńczo. Podwinął rękawy i powoli zbliżał się do mnie. Ja tylko otaksowałam go spojrzeniem. Typowy samiec. Gotowy na kopulację w każdym miejscu.
-PRZESTAŃ! - ocknęłam się z rozmyślań i zamrugałam powiekami szybko. Przede mną stał Draco. Miał wyciągniętą różdżkę w kierunku Notta. Blondyn był dużo wyższy ode mnie i lepiej zbudowany dzięki regularnym treningom quidditcha.
-Smoku no, uspokój się. Nie widzisz jak się do mnie odzywa? - tu Nott zrobił godną pożałowania minę lizusa.
-Może i widzę, może i nie. Masz się od niej odczepić, jasne? - syknął groźnie Malfoy, przytykając różdżkę do jego gardła. Ten przełknął głośno ślinę i wyjąkał:
-J-jasne. - i odszedł, a raczej odbiegł gdzie pieprz rośnie.
-Yyy, co to było? - szok prawie odebrał mi mowę. Od kilkunastu dni nie odzywaliśmy do siebie, a tu nagle takie coś.
-Nott od pewnego czasu sobie zagrabia u mnie. A dzisiaj pokazał na co naprawdę go stać. - z pewnym ukojeniem słuchałam jego głosu. Dawno go nie słyszałam. -Wszystko okej? - chyba zauważył, że przymknęłam oczy i wsłuchiwałam się w barwę jego głosu. Odchrząknęłam.
-Tak, tak. Ja...muszę...- cofnęłam się kilka kroków i czym prędzej czmychnęłam przed siebie. Oddech przyspieszał mi z każdym przebiegniętym metrem, a serce waliło mi jak młot. Przed czym ja tak właściwie uciekałam? Schowałam się za pobliskim rogiem i oparłam o zimną, wilgotną ścianę. Powoli zsunęłam się po niej aż pacnęłam o podłogę. Nie zwracałam uwagi na chłód jaki od niej bił. Ukryłam twarz w dłoniach. To nie powinno się wogóle wydarzyć. Nie powinnam spotkać Malfoya wtedy w Londynie. Przez te kilkanaście dni czułam, że ciągnie mnie do niego, ale bałam się wziąść sprawy w swoje ręce. A teraz miałam go na wyciągnięcie dłoni i nie skorzystałam tylko stchórzyłam i uciekłam. Gorące łzy zniekształciły mi pole widzenia i spłynęły pojedynczymi kroplami po moich policzkach. Czyli jednak potępienie było mi pisane...
Tymczasem:
Młody blondyn stał pośrodku korytarza patrząc w kierunku którym wybiegła brunetka. Zdziwiło go jej zachowanie. Nigdy dziewczyny nie zachowywały się tak w jego obecności. Zwłaszcza jeśli zostały dopiero co odratowane z łap napastliwego zboczeńca jakim niewątpliwie był Nott. Chłopak wydął wargi w zamyśleniu. Zawsze tak robił, gdy nad czymś głęboko się zastanawiał. Ta dziewczyna, bodajże Elena...Chyba skądś ją znał. Ta twarz, te osadzone, piwne oczy i długie, czekoladowe, spływające wzdłuż jej pleców włosy. Kogoś takiego się nie zapomina....
-Jeszcze będziesz moja. - mruknął pod nosem i odszedł w przeciwnym kierunku.
sobota, 30 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013
Complications.
-Jesteś całkiem interesującą dziewczyną, Elena. - zwrócił się do mnie Draco, nachylając się. Ja na to uśmiechnęłam się. Zrobiło mi się miło. W końcu zaczął się otwierać na innych.
-Naprawdę tak uważasz, czy tylko tak mówisz, aby mi było miło? - miałam cichą nadzieję, że powie o tej drugiej opcji. Nie chciałam, aby w jakikolwiek sposób nasza znajomość została zerwana. Chłopak przybliżył się nieco.
-A jak myślisz? - szepnął, stykając się ze mną nosem. Wstrzymałam oddech. Już miałam dotknąć jego ust swoimi, gdy nieoczekiwanie usłyszeliśmy nieprzyjemny dla nas głos:
-Chłopcze, za dużo sobie pozwalasz. - odskoczyliśmy od siebie. W progu stał Damon. Wpatrywał się z wyraźną wściekłością w Malfoya. Opadłam bezradna na fotel. Wampir najwidoczniej chyba jeszcze nie zrozumiał, że do niego nie należę. Salvatore zszedł ze schodków, kierując się w naszą stronę. Ja instynktownie wstałam i zasłoniłam sobą czarodzieja.
-Odpuść sobie, Damon. - warknęłam, zakładając dłonie na piersiach. Na moim byłym nie zrobiło to wrażenia i minął mnie jakbym była powietrzem. Z przerażeniem patrzyłam jak czarnowłosy zbliża się do Malfoya i kładzie dłonie na jego szczupłych ramionach.
-A teraz zapomnisz, że ci Elena się podobała i odejdziesz jak gdyby nigdy nic. Będziesz sie uczył i nie myślał o niej ani przez chwilę. - zauroczył go i Draco jak otępiały odszedł do swojego dormitorium. Stałam zszokowana. Nic nie mogłam zrobić. Damon tak po prostu...sprawił, że zapomniał o mnie. Obrócił się ku mnie z uśmieszkiem na twarzy. Ja gapiłam się na niego i wściekłość oraz żal wzrastały i rozsadzały mnie od środka.
-Dlaczego mi to robisz? Za co mnie tak karzesz? - żal i gorycz dawały o sobie znać. Okryłam się szczelniej szlafrokiem, aby Damon nie miał za wiele do zobaczenia.
-Za to, że Cię nie mam i prawdopodobnie nigdy nie będę mieć. - rozłożył ramiona jakby to była najprostsza i najoczywistsza odpowiedź na świecie.
-Mogłeś mnie wtedy wysłuchać do końca, a nie wyrzucać z domu. - zniżyłam głos prawie do złowrogiego szeptu. Staliśmy po dwóch krańcach pokoju jak obcy zupełnie sobie ludzie, a raczej wampiry.
-Mogłem, ale teraz tego cholernie żałuję! Nie pozwolę, aby jakiś małolat mi Cię odebrał! - odpowiedział z całą mocą czarnowłosy. Znów zobaczyłam ten znajomy błysk w jego oczach, gdy mu na czymś zależało. Zmieszałam się. Mój twardy upór, aby go nie wpuszczać ponownie do mojego serca nagle jakby prysł i przepadł. Widząc zapewne moje zmieszanie, Damon podszedł do mnie i położył dłonie na moich ramionach. Przeszył mnie dreszcz. Zamknęłam oczy i upajałam się cudowną wonią bijącą od wampira. Nie zauważyłam nawet jak zbliżył swoją twarz do mojej i musnął wargami moje usta. Od razu oprzytomniałam. Odepchnęłam go od siebie.
-Co ty sobie wyobrażasz?! Że co?! Myślisz, że znów tak łatwo Ci ulegnę? Grubo się mylisz w takim razie mój drogi. Zmieniłam się. Nie jestem tą małą, słodką dziewczynką. -prawie wykrzyczałam mu to w twarz i wybiegłam do dziewczeńskiego dormitorium. Wzburzenie zalewało mnie falami. Nie siląc się nawet na uprzejme wejście do pokoju, pchnęłam drzwi tak mocno, że te buchnęły o ścianę. Bogu dzięki, że dziewczyny już nie spały. Wpadłam do łazienki i zamknęłam się. Oparłam się o nie i powoli zsunęłam się na podłogę. Powinnam jak najszybciej to odkręcić. A przede wszystkim przywrócić pamięć Draconowi. Że też musiałam stać jak tępa klępa i patrzyć jak Damon niszczy chłopaka. Spostrzegłam żyletkę leżącą na umywalce. Pewnie któraś dziewczyna musiała ją zostawić. Sięgnęłam po nią. Obróciłam nią w palcach, aż niechcący się zacięłam. Z opuszka palca błysnęła mi kropla krwi. To uprzytomniło mi, że nie zapolowałam od czasu imprezy. Westchnęłam. No tak, wyprawa do Zakazanego Lasu nie wyglądała zbyt kusząco. Powstałam. Musiałam przejść na tryb żywieniowy Stefana, bo nieco się obawiałam, że ktoś przyłapie mnie na tym jak wpijam się w czyjąś szyję. To by dopiero było! Nie chciałam już być jak Damon, już nie.
"Zachowujesz się jak Damon. Nic Cię już nie zmieni. Jesteś krwiożerczą bestią i czy tego chcesz czy nie, będziesz zawsze jak on: łaknąca krwi prosto z żyły, bawiąca się bezbronnymi ludźmi. Eleno, to już nie jesteś ty...."
Caroline miała rację. Nie zmienię tego co zrobiłam. Już nie byłam bezbronnym człowiekiem tylko gotowym do walki i przetrwania wampirem. Może taka jestem przez to, że moją przodkinią była Katherine? Zdjęłam szlafrok i zaczęłam się przebierać. Po chwili zostało mi jeszcze uczesanie włosów. Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Mogę? - Vic uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Uśmiechnęłam się do niej promiennie jakby nic się nie stało. Blondynka zgrabnym ruchem zamknęła cicho drzwi i usiadła na krawędzi wanny. Oho, przeczuwałam, że dziewczyna chce ze mną pogadać.
-Chciałam się spytać co się stało, bo słyszałam krzyki dobiegające z salonu...- zaczęła, patrząc na mnie uważnie.
-Nic się nie stało. Co niby się miało stać? - wzruszyłam ramionami. Pod maską spokoju kryły się we mnie emocje, które trudno było opanować. Victoria jednak nie dawała się tak łatwo spławić.
-Wyraźnie słyszałam twój głos i jakiegoś mężczyzny...Podejrzewam, że prof. Scotisha. - tu dziewczyna zamyśliła się. "I nie myli się." - skomentowałam to w myślach, odkładając tusz do rzęs do mojej kosmetyczki.
-Może to i on był, a może nie. - odpowiedziałam wymijająco i wyszłam z pomieszczenia, chcąc uniknąć jakichkolwiek pytań. Blondynka stanęła za mną.
-Elly, przecież widzę. Co się dzieje? - westchnąwszy , obróciłam się ku koleżance.
-Vic, lepiej dla Ciebie jakbyś o niczym nie wiedziała. - zamknęłam temat, wracając do pakowania książek. Za niedługo miało być śniadanie, a na głodniaka nie zamierzałam iść na lekcje. Collinsówna jeszcze chwilę postała mając zapewne nadzieję, że coś ode mnie wyciągnie, lecz gdy nic takiego się wydarzyło, odpuściła sobie. Pansy i Astoria majestatycznym krokiem minęły nas i weszły do łazienki. Irytowało mnie ich zachowanie. Takie aroganckie, wyniosłe...Żyliśmy przecież w kraju, gdzie równouprawnienie było na porządku dziennym. Ale chyba w świecie czarodziejskim to nie obowiązywało. Rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę!- zawołałam, rozglądając się za posianą gdzieś różdżką. Do dormitorium wszedł Blaise z bananem na twarzy.
-A już myślałem, że to chłopaki mają najgorszy burdel w pokoju. - rozejrzał się po naszym pokoju z udawanym przerażeniem i zgorszeniem wywołując tym mój niekontrolowany chichot. Mrugnął do mnie okiem.
-A tak przy okazji to nie wiedziałam, że możecie wchodzić do naszego dormitorium. - oznajmiłam mu pozornie obojętnym tonem. Chłopak poruszył brwiami w sugestywny sposób rozkładając ręce. To ostatecznie mnie rozwaliło i wybuchnęłam szczerym śmiechem. Ze zdziwieniem popatrzyłam na Blaise'a. Blokada wewnątrz mnie pękła i nareszcie mogłam się poczuć wolna. Bez żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego co się stało. Wreszcie mogłam popchać swoje życie na nowe tory i ku lepszemu.
-Naprawdę tak uważasz, czy tylko tak mówisz, aby mi było miło? - miałam cichą nadzieję, że powie o tej drugiej opcji. Nie chciałam, aby w jakikolwiek sposób nasza znajomość została zerwana. Chłopak przybliżył się nieco.
-A jak myślisz? - szepnął, stykając się ze mną nosem. Wstrzymałam oddech. Już miałam dotknąć jego ust swoimi, gdy nieoczekiwanie usłyszeliśmy nieprzyjemny dla nas głos:
-Chłopcze, za dużo sobie pozwalasz. - odskoczyliśmy od siebie. W progu stał Damon. Wpatrywał się z wyraźną wściekłością w Malfoya. Opadłam bezradna na fotel. Wampir najwidoczniej chyba jeszcze nie zrozumiał, że do niego nie należę. Salvatore zszedł ze schodków, kierując się w naszą stronę. Ja instynktownie wstałam i zasłoniłam sobą czarodzieja.
-Odpuść sobie, Damon. - warknęłam, zakładając dłonie na piersiach. Na moim byłym nie zrobiło to wrażenia i minął mnie jakbym była powietrzem. Z przerażeniem patrzyłam jak czarnowłosy zbliża się do Malfoya i kładzie dłonie na jego szczupłych ramionach.
-A teraz zapomnisz, że ci Elena się podobała i odejdziesz jak gdyby nigdy nic. Będziesz sie uczył i nie myślał o niej ani przez chwilę. - zauroczył go i Draco jak otępiały odszedł do swojego dormitorium. Stałam zszokowana. Nic nie mogłam zrobić. Damon tak po prostu...sprawił, że zapomniał o mnie. Obrócił się ku mnie z uśmieszkiem na twarzy. Ja gapiłam się na niego i wściekłość oraz żal wzrastały i rozsadzały mnie od środka.
-Dlaczego mi to robisz? Za co mnie tak karzesz? - żal i gorycz dawały o sobie znać. Okryłam się szczelniej szlafrokiem, aby Damon nie miał za wiele do zobaczenia.
-Za to, że Cię nie mam i prawdopodobnie nigdy nie będę mieć. - rozłożył ramiona jakby to była najprostsza i najoczywistsza odpowiedź na świecie.
-Mogłeś mnie wtedy wysłuchać do końca, a nie wyrzucać z domu. - zniżyłam głos prawie do złowrogiego szeptu. Staliśmy po dwóch krańcach pokoju jak obcy zupełnie sobie ludzie, a raczej wampiry.
-Mogłem, ale teraz tego cholernie żałuję! Nie pozwolę, aby jakiś małolat mi Cię odebrał! - odpowiedział z całą mocą czarnowłosy. Znów zobaczyłam ten znajomy błysk w jego oczach, gdy mu na czymś zależało. Zmieszałam się. Mój twardy upór, aby go nie wpuszczać ponownie do mojego serca nagle jakby prysł i przepadł. Widząc zapewne moje zmieszanie, Damon podszedł do mnie i położył dłonie na moich ramionach. Przeszył mnie dreszcz. Zamknęłam oczy i upajałam się cudowną wonią bijącą od wampira. Nie zauważyłam nawet jak zbliżył swoją twarz do mojej i musnął wargami moje usta. Od razu oprzytomniałam. Odepchnęłam go od siebie.
-Co ty sobie wyobrażasz?! Że co?! Myślisz, że znów tak łatwo Ci ulegnę? Grubo się mylisz w takim razie mój drogi. Zmieniłam się. Nie jestem tą małą, słodką dziewczynką. -prawie wykrzyczałam mu to w twarz i wybiegłam do dziewczeńskiego dormitorium. Wzburzenie zalewało mnie falami. Nie siląc się nawet na uprzejme wejście do pokoju, pchnęłam drzwi tak mocno, że te buchnęły o ścianę. Bogu dzięki, że dziewczyny już nie spały. Wpadłam do łazienki i zamknęłam się. Oparłam się o nie i powoli zsunęłam się na podłogę. Powinnam jak najszybciej to odkręcić. A przede wszystkim przywrócić pamięć Draconowi. Że też musiałam stać jak tępa klępa i patrzyć jak Damon niszczy chłopaka. Spostrzegłam żyletkę leżącą na umywalce. Pewnie któraś dziewczyna musiała ją zostawić. Sięgnęłam po nią. Obróciłam nią w palcach, aż niechcący się zacięłam. Z opuszka palca błysnęła mi kropla krwi. To uprzytomniło mi, że nie zapolowałam od czasu imprezy. Westchnęłam. No tak, wyprawa do Zakazanego Lasu nie wyglądała zbyt kusząco. Powstałam. Musiałam przejść na tryb żywieniowy Stefana, bo nieco się obawiałam, że ktoś przyłapie mnie na tym jak wpijam się w czyjąś szyję. To by dopiero było! Nie chciałam już być jak Damon, już nie.
"Zachowujesz się jak Damon. Nic Cię już nie zmieni. Jesteś krwiożerczą bestią i czy tego chcesz czy nie, będziesz zawsze jak on: łaknąca krwi prosto z żyły, bawiąca się bezbronnymi ludźmi. Eleno, to już nie jesteś ty...."
Caroline miała rację. Nie zmienię tego co zrobiłam. Już nie byłam bezbronnym człowiekiem tylko gotowym do walki i przetrwania wampirem. Może taka jestem przez to, że moją przodkinią była Katherine? Zdjęłam szlafrok i zaczęłam się przebierać. Po chwili zostało mi jeszcze uczesanie włosów. Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Mogę? - Vic uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Uśmiechnęłam się do niej promiennie jakby nic się nie stało. Blondynka zgrabnym ruchem zamknęła cicho drzwi i usiadła na krawędzi wanny. Oho, przeczuwałam, że dziewczyna chce ze mną pogadać.
-Chciałam się spytać co się stało, bo słyszałam krzyki dobiegające z salonu...- zaczęła, patrząc na mnie uważnie.
-Nic się nie stało. Co niby się miało stać? - wzruszyłam ramionami. Pod maską spokoju kryły się we mnie emocje, które trudno było opanować. Victoria jednak nie dawała się tak łatwo spławić.
-Wyraźnie słyszałam twój głos i jakiegoś mężczyzny...Podejrzewam, że prof. Scotisha. - tu dziewczyna zamyśliła się. "I nie myli się." - skomentowałam to w myślach, odkładając tusz do rzęs do mojej kosmetyczki.
-Może to i on był, a może nie. - odpowiedziałam wymijająco i wyszłam z pomieszczenia, chcąc uniknąć jakichkolwiek pytań. Blondynka stanęła za mną.
-Elly, przecież widzę. Co się dzieje? - westchnąwszy , obróciłam się ku koleżance.
-Vic, lepiej dla Ciebie jakbyś o niczym nie wiedziała. - zamknęłam temat, wracając do pakowania książek. Za niedługo miało być śniadanie, a na głodniaka nie zamierzałam iść na lekcje. Collinsówna jeszcze chwilę postała mając zapewne nadzieję, że coś ode mnie wyciągnie, lecz gdy nic takiego się wydarzyło, odpuściła sobie. Pansy i Astoria majestatycznym krokiem minęły nas i weszły do łazienki. Irytowało mnie ich zachowanie. Takie aroganckie, wyniosłe...Żyliśmy przecież w kraju, gdzie równouprawnienie było na porządku dziennym. Ale chyba w świecie czarodziejskim to nie obowiązywało. Rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę!- zawołałam, rozglądając się za posianą gdzieś różdżką. Do dormitorium wszedł Blaise z bananem na twarzy.
-A już myślałem, że to chłopaki mają najgorszy burdel w pokoju. - rozejrzał się po naszym pokoju z udawanym przerażeniem i zgorszeniem wywołując tym mój niekontrolowany chichot. Mrugnął do mnie okiem.
-A tak przy okazji to nie wiedziałam, że możecie wchodzić do naszego dormitorium. - oznajmiłam mu pozornie obojętnym tonem. Chłopak poruszył brwiami w sugestywny sposób rozkładając ręce. To ostatecznie mnie rozwaliło i wybuchnęłam szczerym śmiechem. Ze zdziwieniem popatrzyłam na Blaise'a. Blokada wewnątrz mnie pękła i nareszcie mogłam się poczuć wolna. Bez żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego co się stało. Wreszcie mogłam popchać swoje życie na nowe tory i ku lepszemu.
niedziela, 17 listopada 2013
Never Close Our Eyes.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Widziałam jak chłopakowi drżą dłonie, w których trzymał różdżkę.
-Draco...Ja nic ci nie zrobię. - tu wyciągnęłam dłonie ku niemu, lecz on cofnął się o kilka kroków. Opuściłam ręce. Tak myślałam. Dobrze wyczuwałam, że się po prostu mnie boi. Nieco podłamana usiadłam na schodach i ukryłam twarz w dłoniach. Chłopak stał w tym samym miejscu co przedtem. Zdawało sie jakby był zrobiony ze kamienia. Potężny i niewzruszony. A miało być tak pięknie...Milczeliśmy.
-To co robimy? - odezwałam się. Mój głos rozniósł się echem po korytarzu. Draco spokojnym wręcz opanowanym wzrokiem spojrzał na mnie.
-Nie wiem. Po prostu nie wiem. - splótł dłonie na potylicy głowy i chodził w kółko tam i spowrotem. Musiał być rzeczywiście bardzo skonsternowany. Spuściłam wzrok na moje idealnie wypastowane czarne szpilki. Adrenalina nieco obniżyła swój poziom we krwi. Jedynie łamałam sobie palce i zastanawiałam się nad tym czy chłopak nie wygada tego kim jestem innym nazajutrz. W końcu przystanął.
-Nie rozpowiem tego kim jesteś, lecz za to musisz mi opowiedzieć dlaczego i od kiedy jesteś tym kim jesteś....- zaczął się do mnie zbliżać z pewnym ociąganiem. Rozumiałam jego obawy. Dopiero co zobaczył konfrontację dwóch wampirów. Rzadko kto wychodził z tego żywy. Zwłaszcza człowiek. Usiadł tuż obok mnie. Nuta piżma i cytrusów dotarła do mojego zmysłu węchu mile go drażniąc. Bliskość Ślizgona i bicie jego serca nieco mnie rozpraszały. Odwróciłam głowę, aby nie zauważył jak na mnie działa. Powinnam codziennie polować, ale w takich warunkach to było niemożliwe.
-Czy ty...odczuwasz chęć zabicia kogoś? - zadał mi pytanie. Ja, opanowawszy się, obróciłam się ku niemu. Patrzył się na mnie oczekując na odpowiedź.
-Zależy od sytuacji. Gdy musimy się bronić, zabijamy lub hipnotyzujemy. Ja jestem za ta drugą wersją, gdy nic już nie pomaga. Ale rzadko korzystam z tych opcji. Jestem "humanitarnym wampirem". - zaśmiałam się na to porównanie. - Niestety nie wszystkie wampiry takie są i przekonałam się o tym wielokrotnie. Ty też napotykając na swojej drodze Damona. - dodałam, zaczesując włosy za ucho.
-A właściwie kim on jest dla Ciebie? Bo nie wydawał się zadowolony faktem, że się gdzieś ze mną wybierasz...- widać wciagnęła go ta rozmowa o wampiryzmie. Wzięłam głęboki wdech. Mogłam się spodziewać tego pytania.
-Damon jest moim byłym chłopakiem. Rozstaliśmy się nim tutaj przyjechałam. Długa historia. - machnęłam ręką. Nie chciałam rozstrząsać tamtych spraw. Za bardzo mnie to bolało. Wstałam ze schodów. Zrobił to samo.
-Chyba z naszej "randki" nici. - zaznaczyłam w powietrzu cudzysłów przy słowie 'randka'. Oboje byliśmy speszeni swoim wzajemnym towarzystwem. Jednak Draco przełamał skrępowanie i nadstawił ramię w moim kierunku. Uśmiechnęłam się i włożyłam dłoń w zagięcie ręki. Cieszyłam się, że mimo wszystko postanowił mi zaufać. Idąc w stronę lochów, "upomniał" mnie:
-Możesz mnie nazywać Draco, a nie Malfoy...-
Następnego dnia:
Obudziłam się w doskonałym nastroju. Po wczorajszym zdarzeniu myślałam, że Draco odwróci się ode mnie, ale sprawił mi miłą niespodziankę. Nie tylko, że wysłuchał mnie to obiecał, że nikomu mnie nie wyda. I to nieoczekiwane spotkanie z Damonem...Przewróciłam się na plecy i zapatrzyłam się w zielone refleksy na suficie. Uśmiechnęłam się do siebie. Czułam ulgę, że powiedziałam Draco o tym kim jestem. Ciążyło mi to od momentu, gdy go poznałam na przedmieściach Londynu. Już wtedy czułam, że coś nas połączy. Ale z drugiej strony był Damon. Przeżyłam z nim bardzo wiele i chyba byłam już z nim połączona w pewien sposób. Wstałam z łóżka. Było bardzo wcześnie, więc się nie spieszyłam. Zeszłam cicho po schodkach tak, aby nie obudzić pozostałych lokatorek. Przeszłam przez miękki szmaragdowozielony dywan i okryłam się szlafrokiem w tym samym kolorze. Na bosaka przeszłam przez pokój i uchyliłam drzwi, które nieco zaskrzypiały. Prześlizgnęłam się przez nie i udałam się na bosaka do salonu. Myślałam, że będę tam sama, ale myliłam się. Przystanęłam. Na kanapie tyłem do mnie siedział Draco. Tyłem głowy opierał się o oparcie mebla. Podeszłam cicho do niego. Wyglądał tak spokojnie, gdy spał. Jego blada cera przypominała kruchą porcelanę, którą można łatwo by zbić. Rzęsy okrywały cieniem jego policzki. Wyciągnęłam dłoń, aby pogłaskać go po policzku, ale zawisła w połowie drogi. Ubrany był podobnie do mnie: zielony szlafrok, a pod spodem piżama, a raczej tylko czarne bokserki.
-Nie śpisz...- mruknął pod nosem chłopak, otwierając oczy. Ja drgnęłam nieco ze strachu.
-Skąd wiedziałeś, że to ja? - spytałam go zaskoczona. Przecież byłam najciszej jak potrafiłam.
-Nie tylko wampiry mają doskonały słuch. - zrobił mi miejsce obok siebie. Ja tego nie skomentowałam i usiadłam na krańcu sofy. Czułam dyskomfort z powodu tego co się wczoraj wydarzyło. Nie powinnam tak gwałtownie ujawniać swojej natury.
-Ja...chciałam Cię za wczoraj przeprosić. Nie powinnam sie tak unosić. - przerwałam ciszę łamiącym się głosem. Ślizgon popatrzył się na mnie uważnie.
-To nie twoja wina, że Twój świrnięty eks chciał mnie zaatakować. - położył dłoń na moim kolanie. Ja nie ruszyłam się z miejsca. Rozum podpowiadał mi, abym natychmiast ściagnęła jego rękę z kolana, lecz serce mówiło co innego: poddaj się namiętności, dość już wycierpiałaś.
-No, ale wiem jaki jest i powinnam go jakoś powstrzymać. - odgarnęłam zbłąkany kosmyk za ucho.
-Nic nie powinnaś! On jest dorosły i odpowiada za swoje czyny, a ty nie jesteś jego matką. - odparł z mądrością w głosie Malfoy w dalszym ciągu mnie obserwując. Miał 100 % rację. W sumie podziwiałam go. W domu piekło, a tu starał się pocieszać ludzi jak tylko potrafił. To się nazywa silna psychika.
-Jak ty to znosisz? W domu ciągłe upokorzenia, w szkole drwiny innych ludzi? Ja bym się załamała...- "gdybym była człowiekiem" dopowiedziałam w myślach, czekając na odpowiedź Ślizgona. Ten zamyślił się.
-Wiesz, z czasem człowiek się przyzwyczaja do tego. Ja się na to uodporniłem. - odpowiedział cicho, popijając wodę ze szklanki. Ja nic nie odpowiedziałam. Czasami lubiłam pobyć w takiej błogiej ciszy. Nikt nam nie przeszkadzał, a senna atmosfera unosiła się na nami jak czarodziejski pył. Podkuliłam nogi i oparłam na nich brodę. Spod przymkniętych powiek obserwowałam blondyna. On chyba to wyczuł, bo nie odrywał ze mnie wzroku. Usta wygięły mi się w podkówkę. Nie umiałam wytrzymać mierzenia się wzrokiem dłużej niż minutę, bo potem zanosiłam się śmiechem. Tak też było i tym razem. Zachichotałam, a chwilę później nasz śmiech roznosił się po całym pomieszczeniu. Nie było tak źle jak sądziłam...
-Draco...Ja nic ci nie zrobię. - tu wyciągnęłam dłonie ku niemu, lecz on cofnął się o kilka kroków. Opuściłam ręce. Tak myślałam. Dobrze wyczuwałam, że się po prostu mnie boi. Nieco podłamana usiadłam na schodach i ukryłam twarz w dłoniach. Chłopak stał w tym samym miejscu co przedtem. Zdawało sie jakby był zrobiony ze kamienia. Potężny i niewzruszony. A miało być tak pięknie...Milczeliśmy.
-To co robimy? - odezwałam się. Mój głos rozniósł się echem po korytarzu. Draco spokojnym wręcz opanowanym wzrokiem spojrzał na mnie.
-Nie wiem. Po prostu nie wiem. - splótł dłonie na potylicy głowy i chodził w kółko tam i spowrotem. Musiał być rzeczywiście bardzo skonsternowany. Spuściłam wzrok na moje idealnie wypastowane czarne szpilki. Adrenalina nieco obniżyła swój poziom we krwi. Jedynie łamałam sobie palce i zastanawiałam się nad tym czy chłopak nie wygada tego kim jestem innym nazajutrz. W końcu przystanął.
-Nie rozpowiem tego kim jesteś, lecz za to musisz mi opowiedzieć dlaczego i od kiedy jesteś tym kim jesteś....- zaczął się do mnie zbliżać z pewnym ociąganiem. Rozumiałam jego obawy. Dopiero co zobaczył konfrontację dwóch wampirów. Rzadko kto wychodził z tego żywy. Zwłaszcza człowiek. Usiadł tuż obok mnie. Nuta piżma i cytrusów dotarła do mojego zmysłu węchu mile go drażniąc. Bliskość Ślizgona i bicie jego serca nieco mnie rozpraszały. Odwróciłam głowę, aby nie zauważył jak na mnie działa. Powinnam codziennie polować, ale w takich warunkach to było niemożliwe.
-Czy ty...odczuwasz chęć zabicia kogoś? - zadał mi pytanie. Ja, opanowawszy się, obróciłam się ku niemu. Patrzył się na mnie oczekując na odpowiedź.
-Zależy od sytuacji. Gdy musimy się bronić, zabijamy lub hipnotyzujemy. Ja jestem za ta drugą wersją, gdy nic już nie pomaga. Ale rzadko korzystam z tych opcji. Jestem "humanitarnym wampirem". - zaśmiałam się na to porównanie. - Niestety nie wszystkie wampiry takie są i przekonałam się o tym wielokrotnie. Ty też napotykając na swojej drodze Damona. - dodałam, zaczesując włosy za ucho.
-A właściwie kim on jest dla Ciebie? Bo nie wydawał się zadowolony faktem, że się gdzieś ze mną wybierasz...- widać wciagnęła go ta rozmowa o wampiryzmie. Wzięłam głęboki wdech. Mogłam się spodziewać tego pytania.
-Damon jest moim byłym chłopakiem. Rozstaliśmy się nim tutaj przyjechałam. Długa historia. - machnęłam ręką. Nie chciałam rozstrząsać tamtych spraw. Za bardzo mnie to bolało. Wstałam ze schodów. Zrobił to samo.
-Chyba z naszej "randki" nici. - zaznaczyłam w powietrzu cudzysłów przy słowie 'randka'. Oboje byliśmy speszeni swoim wzajemnym towarzystwem. Jednak Draco przełamał skrępowanie i nadstawił ramię w moim kierunku. Uśmiechnęłam się i włożyłam dłoń w zagięcie ręki. Cieszyłam się, że mimo wszystko postanowił mi zaufać. Idąc w stronę lochów, "upomniał" mnie:
-Możesz mnie nazywać Draco, a nie Malfoy...-
Następnego dnia:
Obudziłam się w doskonałym nastroju. Po wczorajszym zdarzeniu myślałam, że Draco odwróci się ode mnie, ale sprawił mi miłą niespodziankę. Nie tylko, że wysłuchał mnie to obiecał, że nikomu mnie nie wyda. I to nieoczekiwane spotkanie z Damonem...Przewróciłam się na plecy i zapatrzyłam się w zielone refleksy na suficie. Uśmiechnęłam się do siebie. Czułam ulgę, że powiedziałam Draco o tym kim jestem. Ciążyło mi to od momentu, gdy go poznałam na przedmieściach Londynu. Już wtedy czułam, że coś nas połączy. Ale z drugiej strony był Damon. Przeżyłam z nim bardzo wiele i chyba byłam już z nim połączona w pewien sposób. Wstałam z łóżka. Było bardzo wcześnie, więc się nie spieszyłam. Zeszłam cicho po schodkach tak, aby nie obudzić pozostałych lokatorek. Przeszłam przez miękki szmaragdowozielony dywan i okryłam się szlafrokiem w tym samym kolorze. Na bosaka przeszłam przez pokój i uchyliłam drzwi, które nieco zaskrzypiały. Prześlizgnęłam się przez nie i udałam się na bosaka do salonu. Myślałam, że będę tam sama, ale myliłam się. Przystanęłam. Na kanapie tyłem do mnie siedział Draco. Tyłem głowy opierał się o oparcie mebla. Podeszłam cicho do niego. Wyglądał tak spokojnie, gdy spał. Jego blada cera przypominała kruchą porcelanę, którą można łatwo by zbić. Rzęsy okrywały cieniem jego policzki. Wyciągnęłam dłoń, aby pogłaskać go po policzku, ale zawisła w połowie drogi. Ubrany był podobnie do mnie: zielony szlafrok, a pod spodem piżama, a raczej tylko czarne bokserki.
-Nie śpisz...- mruknął pod nosem chłopak, otwierając oczy. Ja drgnęłam nieco ze strachu.
-Skąd wiedziałeś, że to ja? - spytałam go zaskoczona. Przecież byłam najciszej jak potrafiłam.
-Nie tylko wampiry mają doskonały słuch. - zrobił mi miejsce obok siebie. Ja tego nie skomentowałam i usiadłam na krańcu sofy. Czułam dyskomfort z powodu tego co się wczoraj wydarzyło. Nie powinnam tak gwałtownie ujawniać swojej natury.
-Ja...chciałam Cię za wczoraj przeprosić. Nie powinnam sie tak unosić. - przerwałam ciszę łamiącym się głosem. Ślizgon popatrzył się na mnie uważnie.
-To nie twoja wina, że Twój świrnięty eks chciał mnie zaatakować. - położył dłoń na moim kolanie. Ja nie ruszyłam się z miejsca. Rozum podpowiadał mi, abym natychmiast ściagnęła jego rękę z kolana, lecz serce mówiło co innego: poddaj się namiętności, dość już wycierpiałaś.
-No, ale wiem jaki jest i powinnam go jakoś powstrzymać. - odgarnęłam zbłąkany kosmyk za ucho.
-Nic nie powinnaś! On jest dorosły i odpowiada za swoje czyny, a ty nie jesteś jego matką. - odparł z mądrością w głosie Malfoy w dalszym ciągu mnie obserwując. Miał 100 % rację. W sumie podziwiałam go. W domu piekło, a tu starał się pocieszać ludzi jak tylko potrafił. To się nazywa silna psychika.
-Jak ty to znosisz? W domu ciągłe upokorzenia, w szkole drwiny innych ludzi? Ja bym się załamała...- "gdybym była człowiekiem" dopowiedziałam w myślach, czekając na odpowiedź Ślizgona. Ten zamyślił się.
-Wiesz, z czasem człowiek się przyzwyczaja do tego. Ja się na to uodporniłem. - odpowiedział cicho, popijając wodę ze szklanki. Ja nic nie odpowiedziałam. Czasami lubiłam pobyć w takiej błogiej ciszy. Nikt nam nie przeszkadzał, a senna atmosfera unosiła się na nami jak czarodziejski pył. Podkuliłam nogi i oparłam na nich brodę. Spod przymkniętych powiek obserwowałam blondyna. On chyba to wyczuł, bo nie odrywał ze mnie wzroku. Usta wygięły mi się w podkówkę. Nie umiałam wytrzymać mierzenia się wzrokiem dłużej niż minutę, bo potem zanosiłam się śmiechem. Tak też było i tym razem. Zachichotałam, a chwilę później nasz śmiech roznosił się po całym pomieszczeniu. Nie było tak źle jak sądziłam...
You Found Me.
Reszta popołudnia minęła mi bardzo przyjemnie, poza tym, że mieliśmy zadanie z transmutacji. Kończyłam właśnie pisać esej o zmienianiu przedmiotów w zwierzęta, gdy do pokoju wpadła rozemocjonowana Victoria. Usiadła w fotelu, cała aż podskakując.
-Nie uwierzysz co się stało! Pansy i Astoria pobiły się o Malfoya! - ostatnią część zdania niemalże wykrzyczała radośnie. Uniosłam brew nie odrywając wzroku od pergaminu z małymi, lecz kształtnie zapisanymi literkami. Mogłam być z siebie zadowolona. Vic spojrzała na mnie rozczarowana.
-Nie ekscytuje cię to? - posmutniała. Podniosłam oczy na nią.
-A co jest w tym takiego emocjonującego? Dwie, głupie dziewczyny pobiły się o chłopaka. Wielkie mi halo. Narobiły tylko obciachu i wstydu naszemu domowi. - oznajmiłam z pewnością w głosie i schowałam referat do książki. No, zadanie domowe miałam zrobione i mogłam wychilloutować. Wyprostowałam moje nogi i odetchnęłam. Blondynka nadal siedziała naprzeciwko mnie, obserwując moją osobę uważnie.
-Nie chciałabyś być tak oblegana przez chłopaków, którzy aż się biją o Ciebie? Czy to nie takie romantyczne? - rozmarzyła się. Spojrzałam na nią z litością.
-Takie rzeczy istnieją tylko w bajkach. A poza tym byłam oblegana przez chłopaków w mojej poprzedniej szkole i to mi wystarczy. - wspomnienie tak odległe o mnie: pustej i myślącej tylko o dobrej zabawie nawiedziła mnie w tej chwili.
-Naprawdę? - Vic wpatrywała się we mnie zaciekawiona. Ja jednak nie miałam zamiaru opowiadać jej jak to wspaniale było, gdy się było najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Wstałam.
-Tak. Muszę się szykować. Zaraz mam spotkanie z Malfoyem. - ucięłam wszelkie inne pytania i zamknęłam się w łazience. Oparłam się o drzwi i odetchnęłam, przeczesując włosy palcami. Za dużo tych pytań, zbyt dużo....Przecież ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Podeszłam do toaletki i oparłam się dłońmi o blat. Wdech, wydech, wdech, wydech... Popatrzyłam w swoje odbicie w lustrze. Czekoladowe tęczówki mocno odcinały się do mojej bladej cery i malinowych ust. Włosy w lekkim nieładzie, komponowały się z moim nastrojem i ogólnym wyglądem zewnętrznym. Mimo, że było tylko i wyłącznie spotkanie, chciałam wyglądać ładnie. Wyciągnęłam więc czarne szpilki na platformie z szafy i sukienkę do półuda z koronkami i czarnymi pasami oraz rękawami 3/4. Tak zadowolona zaczęłam się szykować, gdy do pokoju wparowała Pansy. Nie zwróciłoby mojej uwagi jej wejście, gdyby nie jej wygląd. Włosy poplątane i sterczące we wszystkie strony, szata szkolna zniszczona, a w niektórych miejscach nosiła znaki podpalenia. Usiadła zrozpaczona na swoim łóżku. W tej chwili zrobiło mi się jej szkoda. Zapiąwszy zamek i lekko pofalowawszy włosy, wyszłam z łazienki. Mopsica zauważyła moje pojawienie się. W jej oczach zabłysnęła nienawiść. Jednak zacisnęła tylko pięści i położyła się na łóżku w pozycji embrionalnej plecami do mnie. Wywróciłam oczami. Jak dzieci, jak dzieci...Zgarnęłam torebkę ze stolika i wyszłam z pokoju, nie zaszczycając Parkinsonówny ani jednym spojrzeniem. W Pokoju Wspólnym nikogo nie zastałam. Stukając obcasami szłam ku miejscu mego przeznaczenia, a raczej "męki". Niczego wspaniałego się nie spodziewałam. Owinęłam się szczelniej moim czarnym płaszczem prochowcem, bo w szkole nie było zbyt ciepło. Po kilku minutach doszłam przed Wejście Główne do budynku. Malfoya jeszcze nie było widać, więc stanęłam i zaczęłam pocierać moje ramiona dłońmi.
"Elena! Głupia ty! Przecież możesz użyć magii!" - pacnęłam się w moją jakże głupią łepetynę i wyjęłam z torebki moją różdżkę. Machnęłam ją i moje ciało pokryło się niewidzialną warstwą ciepła. Od razu lepiej. Chodziłam tam i spowrotem, aby nieco ukryć moje zniecierpliwienie. Chłopak się nie pojawiał. A może ja byłam naiwna zgadzając się na to spotkanie? Już miałam się poddać, gdy usłyszałam za swoimi plecami głos, który prześladował mnie w snach i nie chciałam go nigdy więcej słyszeć:
-Czekasz na kogoś? - uderzyło to we mnie jak obuchem. Nie spodziewałam się tego. Stałam nadal tyłem do niego oszołomiona barwą głosu. Przymknęłam oczy. Wspomnienia napłynęły dużą falą, a ja nie mogłam się przed nimi obronić. Bezbronna mentalnie wyciągnęłam ręce, aby się przed nią obronić, lecz poległam. Pierwsze spotkanie, taniec na Balu Założycieli, Damon obraniający mnie przed rozszalałym Stefanem, bal u Mikaelsonów, ja raniąca Damona, wypadek na moście Wickery i moja śmierć, upojna noc z Damonem....Moja głowa w końcu tego nie wytrzymała i upadłam na kolana. W ułamku sekundy czarnowłosy znalazł się przy mnie, obejmując mnie ramieniem. Zadrżałam. Gorąco napływało gwałtownymi falami. Wampir uniósł mnie do góry i delikatnym ruchem dłoni chwycił za podbródek i kazał mi popatrzyć na niego. Powolnym ruchem głowy, uniosłam nią i spojrzałam w te przypominające barwą ocean oczy. Zachciało mi się wyć. Moje serce znów rozsypało się na drobne kawałki. Tak bardzo za nim tęskniłam, za jego dotykiem, za jego bliskością...Po prostu za nim całym. Teraz trzymał mnie bezwładną jak laleczkę w swoich muskularnych ramionach. Byłam właśnie obejmowana przez ciemnowłosego blondyna o hipnotyzującej barwie oczu. Ale poznałam go bez problemu. Po krótkiej chwili jego wygląd zaczął się zmieniać. No tak, użył eliksiru wielosokowego. Krótko przystrzyżone włosy ustąpiły miejsca teraz półdługim, hebanowym włosom. Sylwetka przybierała na masie i kilka sekund później stał przede mną prawdziwy Damon. Damon Salvatore. Cofnęłam się kilka kroków w tył. Nie mogłam uwierzyć. Po dwóch miesiącach nagle zjawia się tuż przede mną.
-Ładnie wyglądasz. - odezwał się jako pierwszy. Ja starałam się trzymać twardo i nie ulec zbędnym sentymentom.
- Co tu robisz? - spytałam go zimnym głosem. Po tym jak nazwał mnie szmatą puszczającą się z kim popadnie on tak sobie pojawia się i chce wybaczenia? O nie. Nie tym razem.
-Ja...Eleno, przepraszam, za szybko Cię oceniłem. Teraz już wiem, że to wina Kola. On zahipnotyzował Cię, abyś była mu posłuszna. Błagam, wróć do mnie. - błagający Damon? Cóż za nowość. Zaśmiałam się histerycznie.
-O nie, mój drogi. Miałeś swój czas. Dla Ciebie zawsze pozostanę tanią dziwką. Zrozumiałam. Nie wiem czego chcesz ode mnie. Ja staram się ułożyć życie bez Ciebie, choć to nie jest łatwe, ale jednak jakoś to idzie. - przy ostatnim słowie głos mi się załamał. Zachciało mi się płakać z bezradności i radości zarazem. Dwa miesiące bez niego to było piekło.
-Eleno...- jego ciepły baryton pieścił moje uszy. Zbliżył się do mnie i objął w pasie. Zapach perfum owionął mnie. Mimo najszczerszych chęci nie mogłam jego tak po prostu odepchnąć. To było silniejsze ode mnie. Jako wampir odczułam to niezwykle intensywnie.
-Damon, ja nie...- wydusiłam w jego ramię. Odsunął się.
-Rozumiem, ale wiedz, że zawsze będę na Ciebie czekał. - chwycił moje drobne dłonie w swoje większe. Zza srebrnej zbroi przyglądał im się Draco. Kim był ten chłopak? Czego chciał od Eleny? Myśli kotłowały mu się po głowie. Postanowił jednak się ujawnić.
-Przepraszam Cię za spóźnienie, ale zapomniałem wziąść kurtki. To co idziemy? - zbliżył się do nas znienacka Malfoy. Jak zwykle nienagannie ubrany: czarne, obcisłe dżinsy, ciepły płaszcz (także czarny) oraz eleganckie buty. Damon zmarszczył brwi.
-Kim ty jesteś do cholery? - warknął. Oho, zazdrość - zły doradca. Usiłowałam stanąć między nimi, ale nic z tego. Salvatore za mocno mnie trzymał.
-A co? Elena nie mówiła Ci o mnie? - Draco odpowiedział tym samym zimnym tonem. Jego stalowoszare oczy teraz rozbłysły jak dwa srebrniki. Mięśnie pod skórą wampira napięły się do granic możliwości. Chwyciłam go za ramię.
-Daj spokój...- zaczęłam odciągać go od Ślizgona. Bałam się, że coś może mu zrobić, a co gorsza - zabić. Nie mogłam pozwolić, aby ujawnił się jak wampir. Wolałabym, abyśmy pozostali w ukryciu. Damon strzepnął moją dłoń z ramienia.
-Elena, odejdź. Ja muszę się z nim sam rozprawić. - burknął wampir. Draco asekuracyjnie wyjął różdżkę. -Myślisz, że pokonasz mnie tym patykiem? - Damon zaśmiał się pogardliwie. Wzgardliwym wzrokiem omiótł blondyna. Tęczówki zmieniły barwę na czarną, a białka - czerwoną. Charakterystyczne żyłki pojawiły się wokół jego oczu, a z ust wysunęły się kły. Draco zbladł. Po raz pierwszy chyba miał do czynienia z czymś takim.
-NIEEE! - ryknęłam i popchnęłam Damona z całej siły, aż upadł na ziemię jakieś 50 metrów dalej. Stanęłam w pozycji obronnej przed Malfoyem. Z moich ust widniały już kły, a oczy również zmieniły kolor. Nie pozwolę, aby skrzywdził niewinnego chłopaka.
-Odejdź. - warknęłam. Wściekłość buzowała mi we krwi. Czarnowłosy patrzył na mnie zszokowany, ale w wampirzym tempie znikł. Powoli się uspokajałam. Obróciłam się powoli ku oszołomionemu Draconowi.
-Kim ty do cholery jesteś? -
-Nie uwierzysz co się stało! Pansy i Astoria pobiły się o Malfoya! - ostatnią część zdania niemalże wykrzyczała radośnie. Uniosłam brew nie odrywając wzroku od pergaminu z małymi, lecz kształtnie zapisanymi literkami. Mogłam być z siebie zadowolona. Vic spojrzała na mnie rozczarowana.
-Nie ekscytuje cię to? - posmutniała. Podniosłam oczy na nią.
-A co jest w tym takiego emocjonującego? Dwie, głupie dziewczyny pobiły się o chłopaka. Wielkie mi halo. Narobiły tylko obciachu i wstydu naszemu domowi. - oznajmiłam z pewnością w głosie i schowałam referat do książki. No, zadanie domowe miałam zrobione i mogłam wychilloutować. Wyprostowałam moje nogi i odetchnęłam. Blondynka nadal siedziała naprzeciwko mnie, obserwując moją osobę uważnie.
-Nie chciałabyś być tak oblegana przez chłopaków, którzy aż się biją o Ciebie? Czy to nie takie romantyczne? - rozmarzyła się. Spojrzałam na nią z litością.
-Takie rzeczy istnieją tylko w bajkach. A poza tym byłam oblegana przez chłopaków w mojej poprzedniej szkole i to mi wystarczy. - wspomnienie tak odległe o mnie: pustej i myślącej tylko o dobrej zabawie nawiedziła mnie w tej chwili.
-Naprawdę? - Vic wpatrywała się we mnie zaciekawiona. Ja jednak nie miałam zamiaru opowiadać jej jak to wspaniale było, gdy się było najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Wstałam.
-Tak. Muszę się szykować. Zaraz mam spotkanie z Malfoyem. - ucięłam wszelkie inne pytania i zamknęłam się w łazience. Oparłam się o drzwi i odetchnęłam, przeczesując włosy palcami. Za dużo tych pytań, zbyt dużo....Przecież ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Podeszłam do toaletki i oparłam się dłońmi o blat. Wdech, wydech, wdech, wydech... Popatrzyłam w swoje odbicie w lustrze. Czekoladowe tęczówki mocno odcinały się do mojej bladej cery i malinowych ust. Włosy w lekkim nieładzie, komponowały się z moim nastrojem i ogólnym wyglądem zewnętrznym. Mimo, że było tylko i wyłącznie spotkanie, chciałam wyglądać ładnie. Wyciągnęłam więc czarne szpilki na platformie z szafy i sukienkę do półuda z koronkami i czarnymi pasami oraz rękawami 3/4. Tak zadowolona zaczęłam się szykować, gdy do pokoju wparowała Pansy. Nie zwróciłoby mojej uwagi jej wejście, gdyby nie jej wygląd. Włosy poplątane i sterczące we wszystkie strony, szata szkolna zniszczona, a w niektórych miejscach nosiła znaki podpalenia. Usiadła zrozpaczona na swoim łóżku. W tej chwili zrobiło mi się jej szkoda. Zapiąwszy zamek i lekko pofalowawszy włosy, wyszłam z łazienki. Mopsica zauważyła moje pojawienie się. W jej oczach zabłysnęła nienawiść. Jednak zacisnęła tylko pięści i położyła się na łóżku w pozycji embrionalnej plecami do mnie. Wywróciłam oczami. Jak dzieci, jak dzieci...Zgarnęłam torebkę ze stolika i wyszłam z pokoju, nie zaszczycając Parkinsonówny ani jednym spojrzeniem. W Pokoju Wspólnym nikogo nie zastałam. Stukając obcasami szłam ku miejscu mego przeznaczenia, a raczej "męki". Niczego wspaniałego się nie spodziewałam. Owinęłam się szczelniej moim czarnym płaszczem prochowcem, bo w szkole nie było zbyt ciepło. Po kilku minutach doszłam przed Wejście Główne do budynku. Malfoya jeszcze nie było widać, więc stanęłam i zaczęłam pocierać moje ramiona dłońmi.
"Elena! Głupia ty! Przecież możesz użyć magii!" - pacnęłam się w moją jakże głupią łepetynę i wyjęłam z torebki moją różdżkę. Machnęłam ją i moje ciało pokryło się niewidzialną warstwą ciepła. Od razu lepiej. Chodziłam tam i spowrotem, aby nieco ukryć moje zniecierpliwienie. Chłopak się nie pojawiał. A może ja byłam naiwna zgadzając się na to spotkanie? Już miałam się poddać, gdy usłyszałam za swoimi plecami głos, który prześladował mnie w snach i nie chciałam go nigdy więcej słyszeć:
-Czekasz na kogoś? - uderzyło to we mnie jak obuchem. Nie spodziewałam się tego. Stałam nadal tyłem do niego oszołomiona barwą głosu. Przymknęłam oczy. Wspomnienia napłynęły dużą falą, a ja nie mogłam się przed nimi obronić. Bezbronna mentalnie wyciągnęłam ręce, aby się przed nią obronić, lecz poległam. Pierwsze spotkanie, taniec na Balu Założycieli, Damon obraniający mnie przed rozszalałym Stefanem, bal u Mikaelsonów, ja raniąca Damona, wypadek na moście Wickery i moja śmierć, upojna noc z Damonem....Moja głowa w końcu tego nie wytrzymała i upadłam na kolana. W ułamku sekundy czarnowłosy znalazł się przy mnie, obejmując mnie ramieniem. Zadrżałam. Gorąco napływało gwałtownymi falami. Wampir uniósł mnie do góry i delikatnym ruchem dłoni chwycił za podbródek i kazał mi popatrzyć na niego. Powolnym ruchem głowy, uniosłam nią i spojrzałam w te przypominające barwą ocean oczy. Zachciało mi się wyć. Moje serce znów rozsypało się na drobne kawałki. Tak bardzo za nim tęskniłam, za jego dotykiem, za jego bliskością...Po prostu za nim całym. Teraz trzymał mnie bezwładną jak laleczkę w swoich muskularnych ramionach. Byłam właśnie obejmowana przez ciemnowłosego blondyna o hipnotyzującej barwie oczu. Ale poznałam go bez problemu. Po krótkiej chwili jego wygląd zaczął się zmieniać. No tak, użył eliksiru wielosokowego. Krótko przystrzyżone włosy ustąpiły miejsca teraz półdługim, hebanowym włosom. Sylwetka przybierała na masie i kilka sekund później stał przede mną prawdziwy Damon. Damon Salvatore. Cofnęłam się kilka kroków w tył. Nie mogłam uwierzyć. Po dwóch miesiącach nagle zjawia się tuż przede mną.
-Ładnie wyglądasz. - odezwał się jako pierwszy. Ja starałam się trzymać twardo i nie ulec zbędnym sentymentom.
- Co tu robisz? - spytałam go zimnym głosem. Po tym jak nazwał mnie szmatą puszczającą się z kim popadnie on tak sobie pojawia się i chce wybaczenia? O nie. Nie tym razem.
-Ja...Eleno, przepraszam, za szybko Cię oceniłem. Teraz już wiem, że to wina Kola. On zahipnotyzował Cię, abyś była mu posłuszna. Błagam, wróć do mnie. - błagający Damon? Cóż za nowość. Zaśmiałam się histerycznie.
-O nie, mój drogi. Miałeś swój czas. Dla Ciebie zawsze pozostanę tanią dziwką. Zrozumiałam. Nie wiem czego chcesz ode mnie. Ja staram się ułożyć życie bez Ciebie, choć to nie jest łatwe, ale jednak jakoś to idzie. - przy ostatnim słowie głos mi się załamał. Zachciało mi się płakać z bezradności i radości zarazem. Dwa miesiące bez niego to było piekło.
-Eleno...- jego ciepły baryton pieścił moje uszy. Zbliżył się do mnie i objął w pasie. Zapach perfum owionął mnie. Mimo najszczerszych chęci nie mogłam jego tak po prostu odepchnąć. To było silniejsze ode mnie. Jako wampir odczułam to niezwykle intensywnie.
-Damon, ja nie...- wydusiłam w jego ramię. Odsunął się.
-Rozumiem, ale wiedz, że zawsze będę na Ciebie czekał. - chwycił moje drobne dłonie w swoje większe. Zza srebrnej zbroi przyglądał im się Draco. Kim był ten chłopak? Czego chciał od Eleny? Myśli kotłowały mu się po głowie. Postanowił jednak się ujawnić.
-Przepraszam Cię za spóźnienie, ale zapomniałem wziąść kurtki. To co idziemy? - zbliżył się do nas znienacka Malfoy. Jak zwykle nienagannie ubrany: czarne, obcisłe dżinsy, ciepły płaszcz (także czarny) oraz eleganckie buty. Damon zmarszczył brwi.
-Kim ty jesteś do cholery? - warknął. Oho, zazdrość - zły doradca. Usiłowałam stanąć między nimi, ale nic z tego. Salvatore za mocno mnie trzymał.
-A co? Elena nie mówiła Ci o mnie? - Draco odpowiedział tym samym zimnym tonem. Jego stalowoszare oczy teraz rozbłysły jak dwa srebrniki. Mięśnie pod skórą wampira napięły się do granic możliwości. Chwyciłam go za ramię.
-Daj spokój...- zaczęłam odciągać go od Ślizgona. Bałam się, że coś może mu zrobić, a co gorsza - zabić. Nie mogłam pozwolić, aby ujawnił się jak wampir. Wolałabym, abyśmy pozostali w ukryciu. Damon strzepnął moją dłoń z ramienia.
-Elena, odejdź. Ja muszę się z nim sam rozprawić. - burknął wampir. Draco asekuracyjnie wyjął różdżkę. -Myślisz, że pokonasz mnie tym patykiem? - Damon zaśmiał się pogardliwie. Wzgardliwym wzrokiem omiótł blondyna. Tęczówki zmieniły barwę na czarną, a białka - czerwoną. Charakterystyczne żyłki pojawiły się wokół jego oczu, a z ust wysunęły się kły. Draco zbladł. Po raz pierwszy chyba miał do czynienia z czymś takim.
-NIEEE! - ryknęłam i popchnęłam Damona z całej siły, aż upadł na ziemię jakieś 50 metrów dalej. Stanęłam w pozycji obronnej przed Malfoyem. Z moich ust widniały już kły, a oczy również zmieniły kolor. Nie pozwolę, aby skrzywdził niewinnego chłopaka.
-Odejdź. - warknęłam. Wściekłość buzowała mi we krwi. Czarnowłosy patrzył na mnie zszokowany, ale w wampirzym tempie znikł. Powoli się uspokajałam. Obróciłam się powoli ku oszołomionemu Draconowi.
-Kim ty do cholery jesteś? -
Skyfall.
RETROSPEKCJA:
4 lata wcześniej, Mystic Falls.
-Elena, pospiesz się! - z kuchni dobiegł mnie zniecierpliwiony głos mojej mamy. Niedługo mieliśmy się udać do naszej dalekiej rodziny mieszkającej pod Tennesee. Nie wiem w jakim celu, bo ja ich wogóle nie znałam i jakoś nie zamierzałam ich poznać. Pogładziłam nerwowym ruchem moją nową, niebieską sukienkę. Dostałam ją od mojej zmarłej przed rokiem babci na 12. urodziny. Wzięłam jeszcze moją małą, wyszywaną perełkami torebkę i zbiegłam na dół. Rodzice czekali już gotowi.
-A gdzie Jer? - spytałam.
-Jer jak zwykle się guzdrze. Idę go popędzić, a ty wsiadaj już do samochodu. - poleciła mi mama, a sama weszła na górę. Zrób to, zrób tamto. Nie miałam tak właściwie normalnego życia. Rodzice zapisali mnie do najlepszej szkoły w mieście, a po lekcjach uczęszczałam na lekcje gry na pianinie. Męczyło mnie to, ale kto zwróci uwagę na narzekanie smarkatej 13-latki? Z ociąganiem podążyłam za moim tatą i usadowiłam sie na tylnim siedzeniu. Zapięłam pasy. Z wnętrza naszego domu zdołałam usłyszeć krzyki. To pewnie mama znów się wydzierała na mojego brata. Westchnęłam. Moje życie chyba nigdy się nie zmieni. I tak miało pozostać....
***************
-Więc nie miałaś szczęśliwego dzieciństwa? - obydwoje siedzieliśmy na podłodze zamyśleni. Zastanowiłam się nad odpowiedzią.
-W zasadzie to trudno powiedzieć. Pochodzę z dość bogatej rodziny, więc pieniędzy mieliśmy dość. Każde nasze życzenie było spełniane. Ale co mi z tego skoro nigdy nie zaznałam prawdziwej rodzicielskiej miłości? - w moich oczach pojawiły się łzy, gdy przypomniałam sobie tamten okres. Otarłam je pospiesznie. Nie chciałam wyjść na taką co beczy bez powodu.
-Ja miałem to samo....- szepnął jakby do siebie Draco i zatonął w swoich myślach....
RETROSPEKCJA:
2 lata wcześniej, Malfoy Manor.
-Synu, jak wiesz wkrótce dostąpisz zaszczytu przyłączenia się do grona oddanych sług Czarnego Pana. Pokładam w Tobie nadzieję, że nie zawiedziesz go i będziesz mu służył oddanie. - Lucjusz Malfoy we własnej osobie siedział w obitym czarną skórą fotelu, grzejąc się przy ogniu płonącym w potężnym wykutym w marmurze kominku ozdobionym herbem Malfoyów. Chłopak stał jak słup soli, ledwo powstrzymując drżenie rąk i całego ciała. Nie chciał służyć komuś, kto stawia jakieś ogłupiajace cele ponad wszystko, a jemu samemu usługują jacyś oślepieni mania wielkości Śmierciożercy wśród których przodowała jego ciotka, Bellatrix oraz wuj, Severus Snape. Ten ostatni jednak nie był taki głupi i Draco wiedział, że przeszedł na drugą stronę do Zakonu Feniksa. Popatrzył błagalnym wzrokiem na swoją matkę. Ta jednak stała jak posąg, niewzruszona. Narcyza Malfoy zawsze oddana była swojemu mężowi, mimo,że często ją nieszanował i pomiatał jak chciał. Blondyn utracił już wszelką nadzieję, że jakoś się z tego wymiga. Spuścił głowę....
*****************
-Życie jest momentami okrutne, ale zawsze jest jakiś promyczek nadziei. - mruknęłam, łykając alkohol. Palił mnie niemiłosiernie w gardło, ale nie zwracałam na to uwagi.
-Czasami myślę, że życie jest do bani. Brak zainteresowania ze strony naszych rodziców. Uważam, że w jakiś sposób jesteśmy do siebie podobni. - podniósł wzrok znad szklanki z płynem i spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami. Słowa chłopaka skłoniły mnie do refleksji. Odłożyłam szklankę. Czekała na mnie jeszcze lekcja historii magii, ale postanowiłam sobie odpuścić. Najwyżej odpiszę sobie od Astorii. Bo od Pansy to nie miałam co liczyć. Powstałam.
-Muszę już iść. - zgarnęłam torbę z kanapy i obejrzałam się. Draco stał i przypatrywał mi się. - Nasze jutrzejsze spotkanie jest aktualne? - specjalnie uniknęłam słowa 'randka'. Według mnie to było zbyt wyświechtane słowo. Zacisnęłam dłonie na pasku od torby. Blondyn tylko kiwnął głową.
-To dobrze. - odparłam zdawkowo i czmychnęłam z salonu Slytherinu. Niestety, wpadłam na Teodora Notta. Uśmiechnął się do mnie obleśnie.
-Przed czym tak uciekasz, panienko? - zwrócił sie do mnie z godnym pożałowania akcentem. Postanowiłam mu nieco przyhamować te popędy.
-Po pierwsze: nie jestem żadną panienką, tylko Eleną. Po drugie: to nie twoja sprawa przed kim uciekam, a po trzecie: spieprzaj ode mnie. - odeszłam, zanim chłopak zdołał wypowiedzieć choć jedno słowo. Podążałam korytarzem w stronę wyjścia, aby się choć trochę oderwać od rzeczywistości. Pierwszy dzień szkoły i już miałam dosyć? Pff. Haha. Szósty rocznik jeszcze miał lekcje, więc usiadłam pod starym dębem w oczekiwaniu na Victorię. Co jak co, ale zdążyłam ją polubić. Spojrzałam na plan. Jutro miałam mieć OPCM z nowym nauczycielem, prof. Ianem Scotishem. Tylko jego twarz wydała mi się znajoma...Podobna do...Elena, przestań! Miałaś przestać o nim myśleć! Muszę wypytać Vic o niego. Z tym postanowieniem przesiedziałam na błoniach ponad 2 godziny. Musiałam przyznać, że widok był porażający. Lekko falująca toń jeziora, wylegująca się w promieniach Słońca olbrzymia kałamarnica, w oddali mała wysepka, a na niej kamienna wieża. Westchnęłam. Wystarczyło siąść i umrzeć. Usłyszałam zbliżające się kroki. Obróciłam głowę i ujrzałam biegnącą Victorię. Jej blond włosy lśniły w promieniach Słońca.
-Długo czekasz na mnie? - spytała mnie, szybko oddychając. Oparła dłonie o kolana, starając się wyrównać oddech.
-Jakieś dwie godziny? - osłoniłam dłonią oczy, gdyż światło nieco mnie oślepiało. Dziewczyna przysiadła się do mnie, wyciągając nogi przed siebie.
-Nareszcie konieec lekcji. - westchnęła rozkosznie i zaczęła wygrzewać się w Słońcu. Zazdrościłam jej nieco. Żadnych zmartwień na głowie. Mogła się cieszyć życiem w pełni, a moje pełne było cierpień i udręki. Wiedziałam, że jako potępiona nie miałam szansy na jakiekolwiek szczęście, bo gdy tylko byłam szczęśliwa, to los odbierał mi to co ukochałam najbardziej. Czego przykładem jest moje rozstanie z Damonem. Po uratowaniu Stefana myślałam, że wszystko się ułoży i będziemy szczęśliwi. Jednak z Nowego Orleanu niespodziewanie przyjechał Kol i zahipnotyzował mnie. Poszłam z nim do łóżka (w którym spałam z Damonem!) i niestety Salvatore nas przyłapał....
RETROSPEKCJA:
2 miesiące wcześniej, Mystic Falls (dom Damona i Eleny)
-Kol! Przestań! - zachichotałam, gdyż Pierwotny połaskotał mnie pod pachami. Słońce padało promieniami ogrzewając nasze nagie ciała. Nie mogłam się nacieszyć obecnością Kola. Te jego czekoladowe, magnetyzujące oczy, kasztanowa czupryna... Opuszkiem palca objechałam jego mięśnie i tors. W świetle promieni słonecznych jego skóra zdawała się iskrzyć. Objął mnie czule ramieniem.
-Zawsze mi się podobałaś, Eleno...- szepnął mi do ucha. Przeszły mnie dreszcze podniecenia. Wsunęłam się w niego. Był taki ciepły i pachniał typowo męskimi perfumami. Stefan zdawał się blaknąć przy nim.
-A co na to Klaus? - spytałam cicho, unosząc głowę ku chłopakowi. Ten zmarszczył brwi.
-Tak szczerze mam to gdzieś. Nie pozwolę, żeby Cię skrzywdził. - pocałował mnie czule w czoło. Trochę się uspokoiłam. Od kiedy pamiętam to Klaus polował na mnie, a właściwie to na moją krew. A teraz nie miał już nic, bo ja stałam się wampirem, a Katherine - człowiekiem. Wtuliłam się z ufnością w niego. Zapadła cisza. Cząsteczki kurzu unosiły się w powietrzu. Leżeliśmy w moim łóżku, gdy z dołu dobiegł nas głos Damona:
-Elena! Już jestem! - na to zamarłam. Podobnie jak Kol. Szybko wyskoczyliśmy z łóżka, lecz było za późno. Jak w zwolnionym tempie drzwi się uchyliły i do pokoju wszedł Damon. Przestałam wciągać na siebie ubrania, bo wiedziałam, że to nie ma sensu. Zostałam więc w samych spodniach i staniku. Kol stał w spodniach. Czarnowłosy stał oszołomiony tym co zastał: mnie półnagą i Pierwotnego też nie ubranego kompletnie. Przeskakiwał wzrokiem ze mnie na Pierwotnego i spowrotem. Czułam, że zbiera się w nim furia nie do opisania.
-Damon, pozwól mi wytłumaczyć...- zaczęłam błagalnym tonem, lecz ten tylko warknął:
-Zamilcz! - i wolnym krokiem zbliżył się do Kola. Stanał bardzo blisko niego.
-Czyż nie jasno się wyraziłem, że nie zabiera mi się czegoś co do mnie należy? - jego lodowaty ton spowodował u mnie falę dreszczy. Bałam się, że coś zrobi Pierwotnemu. I zanim Kol zdążył zareagować, Damon wyrwał mu serce prosto z piersi. Upadł martwy z głuchym łoskotem. Stał nad nim, trzymając w pokrwawionej dłoni narząd, który jeszcze się kurczył i rozkurczał. Drgnęłam z obrzydzenia. Salvatore nie obrócił się ku mnie tylko stał i patrzył na zwłoki niegdyś potężnego wampira. W końcu drgnął i powiedział:
-Jak mogłaś mi to zrobić? - jego słowa rozerwały moje serce jak dynamit. Łzy wzbierały i nacierały na tamę jaką były moje oczy. Jednak nie wytrzymały i jedna po drugiej wypłynęły mi ciurkiem po policzkach. Nigdy tak cholernie się nie bałam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że Damon potrafi być nieobliczalny, ale nigdy by mnie nie skrzywdził. Teraz nie byłam tego taka pewna.
-Ja...On mnie zahipnotyzował! Nigdy bym tego nie zrobiła! Znasz mnie! - starałam się bronić.
-Właśnie, znam Cię. A co było ze Stefanem? - jego głos nie był już taki milutki.
-Ze Stefanem było zupełnie inaczej. - broniłam się w dalszym ciągu.
-Nie zaprzeczaj faktom. Kiedyś i tak byś mnie zdradziła! - krzyknął.
***************
Teraz nie miałam już nic, ale na szczęście zyskałam nową przyjaciółkę, Victorię.
4 lata wcześniej, Mystic Falls.
-Elena, pospiesz się! - z kuchni dobiegł mnie zniecierpliwiony głos mojej mamy. Niedługo mieliśmy się udać do naszej dalekiej rodziny mieszkającej pod Tennesee. Nie wiem w jakim celu, bo ja ich wogóle nie znałam i jakoś nie zamierzałam ich poznać. Pogładziłam nerwowym ruchem moją nową, niebieską sukienkę. Dostałam ją od mojej zmarłej przed rokiem babci na 12. urodziny. Wzięłam jeszcze moją małą, wyszywaną perełkami torebkę i zbiegłam na dół. Rodzice czekali już gotowi.
-A gdzie Jer? - spytałam.
-Jer jak zwykle się guzdrze. Idę go popędzić, a ty wsiadaj już do samochodu. - poleciła mi mama, a sama weszła na górę. Zrób to, zrób tamto. Nie miałam tak właściwie normalnego życia. Rodzice zapisali mnie do najlepszej szkoły w mieście, a po lekcjach uczęszczałam na lekcje gry na pianinie. Męczyło mnie to, ale kto zwróci uwagę na narzekanie smarkatej 13-latki? Z ociąganiem podążyłam za moim tatą i usadowiłam sie na tylnim siedzeniu. Zapięłam pasy. Z wnętrza naszego domu zdołałam usłyszeć krzyki. To pewnie mama znów się wydzierała na mojego brata. Westchnęłam. Moje życie chyba nigdy się nie zmieni. I tak miało pozostać....
***************
-Więc nie miałaś szczęśliwego dzieciństwa? - obydwoje siedzieliśmy na podłodze zamyśleni. Zastanowiłam się nad odpowiedzią.
-W zasadzie to trudno powiedzieć. Pochodzę z dość bogatej rodziny, więc pieniędzy mieliśmy dość. Każde nasze życzenie było spełniane. Ale co mi z tego skoro nigdy nie zaznałam prawdziwej rodzicielskiej miłości? - w moich oczach pojawiły się łzy, gdy przypomniałam sobie tamten okres. Otarłam je pospiesznie. Nie chciałam wyjść na taką co beczy bez powodu.
-Ja miałem to samo....- szepnął jakby do siebie Draco i zatonął w swoich myślach....
RETROSPEKCJA:
2 lata wcześniej, Malfoy Manor.
-Synu, jak wiesz wkrótce dostąpisz zaszczytu przyłączenia się do grona oddanych sług Czarnego Pana. Pokładam w Tobie nadzieję, że nie zawiedziesz go i będziesz mu służył oddanie. - Lucjusz Malfoy we własnej osobie siedział w obitym czarną skórą fotelu, grzejąc się przy ogniu płonącym w potężnym wykutym w marmurze kominku ozdobionym herbem Malfoyów. Chłopak stał jak słup soli, ledwo powstrzymując drżenie rąk i całego ciała. Nie chciał służyć komuś, kto stawia jakieś ogłupiajace cele ponad wszystko, a jemu samemu usługują jacyś oślepieni mania wielkości Śmierciożercy wśród których przodowała jego ciotka, Bellatrix oraz wuj, Severus Snape. Ten ostatni jednak nie był taki głupi i Draco wiedział, że przeszedł na drugą stronę do Zakonu Feniksa. Popatrzył błagalnym wzrokiem na swoją matkę. Ta jednak stała jak posąg, niewzruszona. Narcyza Malfoy zawsze oddana była swojemu mężowi, mimo,że często ją nieszanował i pomiatał jak chciał. Blondyn utracił już wszelką nadzieję, że jakoś się z tego wymiga. Spuścił głowę....
*****************
-Życie jest momentami okrutne, ale zawsze jest jakiś promyczek nadziei. - mruknęłam, łykając alkohol. Palił mnie niemiłosiernie w gardło, ale nie zwracałam na to uwagi.
-Czasami myślę, że życie jest do bani. Brak zainteresowania ze strony naszych rodziców. Uważam, że w jakiś sposób jesteśmy do siebie podobni. - podniósł wzrok znad szklanki z płynem i spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi oczami. Słowa chłopaka skłoniły mnie do refleksji. Odłożyłam szklankę. Czekała na mnie jeszcze lekcja historii magii, ale postanowiłam sobie odpuścić. Najwyżej odpiszę sobie od Astorii. Bo od Pansy to nie miałam co liczyć. Powstałam.
-Muszę już iść. - zgarnęłam torbę z kanapy i obejrzałam się. Draco stał i przypatrywał mi się. - Nasze jutrzejsze spotkanie jest aktualne? - specjalnie uniknęłam słowa 'randka'. Według mnie to było zbyt wyświechtane słowo. Zacisnęłam dłonie na pasku od torby. Blondyn tylko kiwnął głową.
-To dobrze. - odparłam zdawkowo i czmychnęłam z salonu Slytherinu. Niestety, wpadłam na Teodora Notta. Uśmiechnął się do mnie obleśnie.
-Przed czym tak uciekasz, panienko? - zwrócił sie do mnie z godnym pożałowania akcentem. Postanowiłam mu nieco przyhamować te popędy.
-Po pierwsze: nie jestem żadną panienką, tylko Eleną. Po drugie: to nie twoja sprawa przed kim uciekam, a po trzecie: spieprzaj ode mnie. - odeszłam, zanim chłopak zdołał wypowiedzieć choć jedno słowo. Podążałam korytarzem w stronę wyjścia, aby się choć trochę oderwać od rzeczywistości. Pierwszy dzień szkoły i już miałam dosyć? Pff. Haha. Szósty rocznik jeszcze miał lekcje, więc usiadłam pod starym dębem w oczekiwaniu na Victorię. Co jak co, ale zdążyłam ją polubić. Spojrzałam na plan. Jutro miałam mieć OPCM z nowym nauczycielem, prof. Ianem Scotishem. Tylko jego twarz wydała mi się znajoma...Podobna do...Elena, przestań! Miałaś przestać o nim myśleć! Muszę wypytać Vic o niego. Z tym postanowieniem przesiedziałam na błoniach ponad 2 godziny. Musiałam przyznać, że widok był porażający. Lekko falująca toń jeziora, wylegująca się w promieniach Słońca olbrzymia kałamarnica, w oddali mała wysepka, a na niej kamienna wieża. Westchnęłam. Wystarczyło siąść i umrzeć. Usłyszałam zbliżające się kroki. Obróciłam głowę i ujrzałam biegnącą Victorię. Jej blond włosy lśniły w promieniach Słońca.
-Długo czekasz na mnie? - spytała mnie, szybko oddychając. Oparła dłonie o kolana, starając się wyrównać oddech.
-Jakieś dwie godziny? - osłoniłam dłonią oczy, gdyż światło nieco mnie oślepiało. Dziewczyna przysiadła się do mnie, wyciągając nogi przed siebie.
-Nareszcie konieec lekcji. - westchnęła rozkosznie i zaczęła wygrzewać się w Słońcu. Zazdrościłam jej nieco. Żadnych zmartwień na głowie. Mogła się cieszyć życiem w pełni, a moje pełne było cierpień i udręki. Wiedziałam, że jako potępiona nie miałam szansy na jakiekolwiek szczęście, bo gdy tylko byłam szczęśliwa, to los odbierał mi to co ukochałam najbardziej. Czego przykładem jest moje rozstanie z Damonem. Po uratowaniu Stefana myślałam, że wszystko się ułoży i będziemy szczęśliwi. Jednak z Nowego Orleanu niespodziewanie przyjechał Kol i zahipnotyzował mnie. Poszłam z nim do łóżka (w którym spałam z Damonem!) i niestety Salvatore nas przyłapał....
RETROSPEKCJA:
2 miesiące wcześniej, Mystic Falls (dom Damona i Eleny)
-Kol! Przestań! - zachichotałam, gdyż Pierwotny połaskotał mnie pod pachami. Słońce padało promieniami ogrzewając nasze nagie ciała. Nie mogłam się nacieszyć obecnością Kola. Te jego czekoladowe, magnetyzujące oczy, kasztanowa czupryna... Opuszkiem palca objechałam jego mięśnie i tors. W świetle promieni słonecznych jego skóra zdawała się iskrzyć. Objął mnie czule ramieniem.
-Zawsze mi się podobałaś, Eleno...- szepnął mi do ucha. Przeszły mnie dreszcze podniecenia. Wsunęłam się w niego. Był taki ciepły i pachniał typowo męskimi perfumami. Stefan zdawał się blaknąć przy nim.
-A co na to Klaus? - spytałam cicho, unosząc głowę ku chłopakowi. Ten zmarszczył brwi.
-Tak szczerze mam to gdzieś. Nie pozwolę, żeby Cię skrzywdził. - pocałował mnie czule w czoło. Trochę się uspokoiłam. Od kiedy pamiętam to Klaus polował na mnie, a właściwie to na moją krew. A teraz nie miał już nic, bo ja stałam się wampirem, a Katherine - człowiekiem. Wtuliłam się z ufnością w niego. Zapadła cisza. Cząsteczki kurzu unosiły się w powietrzu. Leżeliśmy w moim łóżku, gdy z dołu dobiegł nas głos Damona:
-Elena! Już jestem! - na to zamarłam. Podobnie jak Kol. Szybko wyskoczyliśmy z łóżka, lecz było za późno. Jak w zwolnionym tempie drzwi się uchyliły i do pokoju wszedł Damon. Przestałam wciągać na siebie ubrania, bo wiedziałam, że to nie ma sensu. Zostałam więc w samych spodniach i staniku. Kol stał w spodniach. Czarnowłosy stał oszołomiony tym co zastał: mnie półnagą i Pierwotnego też nie ubranego kompletnie. Przeskakiwał wzrokiem ze mnie na Pierwotnego i spowrotem. Czułam, że zbiera się w nim furia nie do opisania.
-Damon, pozwól mi wytłumaczyć...- zaczęłam błagalnym tonem, lecz ten tylko warknął:
-Zamilcz! - i wolnym krokiem zbliżył się do Kola. Stanał bardzo blisko niego.
-Czyż nie jasno się wyraziłem, że nie zabiera mi się czegoś co do mnie należy? - jego lodowaty ton spowodował u mnie falę dreszczy. Bałam się, że coś zrobi Pierwotnemu. I zanim Kol zdążył zareagować, Damon wyrwał mu serce prosto z piersi. Upadł martwy z głuchym łoskotem. Stał nad nim, trzymając w pokrwawionej dłoni narząd, który jeszcze się kurczył i rozkurczał. Drgnęłam z obrzydzenia. Salvatore nie obrócił się ku mnie tylko stał i patrzył na zwłoki niegdyś potężnego wampira. W końcu drgnął i powiedział:
-Jak mogłaś mi to zrobić? - jego słowa rozerwały moje serce jak dynamit. Łzy wzbierały i nacierały na tamę jaką były moje oczy. Jednak nie wytrzymały i jedna po drugiej wypłynęły mi ciurkiem po policzkach. Nigdy tak cholernie się nie bałam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że Damon potrafi być nieobliczalny, ale nigdy by mnie nie skrzywdził. Teraz nie byłam tego taka pewna.
-Ja...On mnie zahipnotyzował! Nigdy bym tego nie zrobiła! Znasz mnie! - starałam się bronić.
-Właśnie, znam Cię. A co było ze Stefanem? - jego głos nie był już taki milutki.
-Ze Stefanem było zupełnie inaczej. - broniłam się w dalszym ciągu.
-Nie zaprzeczaj faktom. Kiedyś i tak byś mnie zdradziła! - krzyknął.
***************
Teraz nie miałam już nic, ale na szczęście zyskałam nową przyjaciółkę, Victorię.
Bad Romance.
Kilkanaście minut później wyszłam z lekcji z bolącym nadgarstkiem i masą zadania do zrobienia na jutro. Jęcząc w duchu, cieszyłam się, że zostały jeszcze mi tylko trzy lekcje. A popołudniu "randka" z Malfoyem. Nie no super po prostu...Tak użalając się nad sobą, dotarłam przed Wielką Salę. Na zewnątrz lało jak z cebra, więc bez sensu byłoby wychodzić na błonia. Błyskawica przeszyła niebo. Pojaśniało. Kiedy byłam mała bałam się burzy, ale teraz przestałam. Stałam się twardsza, wiedziałam czego chcę. Po chwili dotarła do mnie Victoria uśmiechając się.
-Gdzie zgubiłaś Blaise'a? - postanowiłam się z nią odrobinę podroczyć. Dziewczyna w lot pojęła o co mi chodzi.
-A jak tam twoja randka z Malfoyem? - odgryzła mi się z szatańskim uśmiechem na twarzy. Pokręciłam głową. Ta laska była niereformowalna.
-Oj kiedyś się doigrasz...- zaśmiałam się. Usiadłyśmy przy stole Ślizgonów oczekując na dalsze lekcje. Od czasu eliksirów nie zamieniłam z Harrym ani jednego słowa. Na transmutacji nie mieliśmy nawet czasu, aby wymienić ze sobą parę słów. Może złapię go po lekcjach? Przy niektórych stołach uczniowie grali w Magiczne Szachy Czarodziejów, a mało kto powtarzał materiał. I kto by pomyślał, że tutaj trafię? Już ten pierwszy dzień w szkole uświadomił mi jak ważna jest przyjaźń i ile można osiągnąć przez nią. Na własne oczy widziałam jak silne jest braterstwo między Ślizgonami. A jakby tak....zaprzyjaźnić się z Krukonami, Puchonami i Gryfonami? Do Sali weszli Blaise i Draco, przerywając moje rozmyślania.
-Czyżby panna Gilbert marzyła o tym jak będzie wyglądać nasza randka? - zakpił blondyn siadając tuż obok mnie (na złość, a jakże). Rzuciłam mu pełne pogardy spojrzenie.
-Moje myśli nie kręcą się wokół nadętych bufonów jak ty, Malfoy.-odparowałam, nie patrząc na niego więcej. Musiałam jakoś przetrwać ten rok z tym aroganckim i wiecznie napuszonym arystokratą od siedmiu boleści. Diabeł siedział tuż obok Victorii i widać było, że przepadają za sobą. No chociaż oni...Gwałtownie się wyprostowałam, gdyż zobaczyłam przy wejściu Harry'ego. Pomachałam ku niemu. Odmachał z wesołym uśmiechem na twarzy. Draco popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
-Ty i Potter? Proszę Cię...- prychnął z lekceważeniem.
-Masz coś do niego? To całkiem miły chłopak w porównaniu do Ciebie. - odpowiedziałam zimno, wstając od stołu.
-Uuu, zraniłaś me uczucia, o pani. - Malfoy chyba nie zamierzał przestać mi dokuczać. Zlekceważyłam go i odeszłam od stołu pełnym godności krokiem. Skierowałam się w stronę Gryfonów. Czarnowłosy wstał i przedstawił mnie pozostałym.
-To jest Elena. Elena, to jest Hermiona, Ron, Ginny, Lavender i Parvati. - na wywołane przez niego imiona, pomachali do mnie przyjaźnie, choć ja odniosłam wrażenie jakby Hermiona siedząca między Ronem, a Ginny trzymała mnie na dystans. Rudowłosy patrzył na mnie z nieufnością, ale Bogu dzięki, że nie wybuchnął. Ogólnie sprawiali miłe wrażenie. Aż biło od nich zaufanie. Nie to co Draco. Ten pewny siebie, przystojny chłopak mógłby mieć wszystkie, co skwapliwie wykorzystywał. Nie, nie on zdecydowanie nie pasował do moich wyobrażeń o idealnym chłopaku. W sumie już takiego spotkałam, lecz przez własną głupotę straciłam. Damon. Imię perfekcyjnego chłopaka.
-Wybierasz się w sobotę do Hogsmeade? - usłyszałam pytanie jakby z zaświatów. Spojrzałam nieprzytomnie na Harry'ego.
-Jasne. Z wami? - dodałam, patrząc na resztę jakby nie wiedząc jakiej odpowiedzi się spodziewać.
-No pewnie. Spotykamy się o 13 przed wejściem do zamku, a potem możemy iść przez Bijącą Wierzbę do Wrzeszczącej Chaty...- Potter już się rozpędzał w swoich pomysłach, lecz Ruda go powstrzymała:
-Dobrze wiesz jak ja nie lubię Wrzeszczącej Chaty. Lepiej pójdźmy do Trzech Mioteł, a potem do Miodowego Królestwa...- przerzuciła włosy na ramię. Ja tymczasem obróciłam głowę, aby zobaczyć reakcję Malfoya. I nie pomyliłam się. Patrzył na mnie z wyraźną wściekłością. Uśmiechnęłam się do niego czarująco i powróciłam do rozmowy z Gryfonami. Zadzwonił dzwonek i czas się było zbierać na lekcje. Akurat teraz w planie miałam zielarstwo, więc udałam się w stronę szklarni ramię w ramię z Harrym i jego paczką. Mijając innych uczniów, natrafiłam na dziwne spojrzenia kierowane w naszą stronę. Ślizgonka z Gryfonami? Toż to nie do pomyślenia. Zachichotałam w duchu. Od czasu do czasu można pozwolić sobie na małą ekstrawagancję. Bliznowaty popchnął drzwi i wyszliśmy na zewnatrz. Słychać było gdzieniegdzie świergot ptaków. Powietrze przesycone zapachem trawy, świeżo spadłego deszczu i czegość jeszcze. Lasu, o tak. Ostrożnie stawiając kroki, aby nie wpaść w błoto doszliśmy do szklanych budynków otoczonych zewsząd pnącymi się roślinami.
-Uważaj na te czarne i grube oraz oślizgłe. To są Diabelskie Sidła. Jak cię dopadną to już po Tobie. - ostrzegł mnie Harry, wskazując na grube, pnące się i przypominające liany rośliny. Na jego słowa poruszyła się i już miała mnie capnąć, gdyby nie natychmiastowa reakcja Hermiony:
-Lumos sores! - pnącza natychmiast się cofnęły pod wpływem oślepiającego światła.
-Dz-dziękuję. - zająknęłam się w podziękowaniu. Dziewczyna spojrzała na mnie.
-Nie ma za co. - na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Szybkim krokiem weszła do szklarni nr.13. Zrobiliśmy to samo.
*******
Po godzinie wyszliśmy zmordowani i spoceni. Dzisiaj na sam początek prof.Sprout kazała nam zaznajomić sie z Jadowitą Tentakulą. Pomasowałam swój obolały kark. Reszta nie wyglądała lepiej. Harry jakoś to zniósł, Hermiona również. Za to Ron pobladł i słaniał się na nogach. Lekcja zielarstwa porządnie dała się nam we znaki. Po chwili dołączył do nas Blaise.
-Jak tam drogie dzieci, trzymacie się? - zaśmiał się. Za tą odzywkę miałam mu ochotę strzelić w twarz. Czarnoskóry nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, za to szepnął mi do ucha:
-Radzę Ci dzisiaj nie zbliżać się do Smoka. Po tym co dzisiaj odstawiłaś, jest wściekły. - mrugnął do mnie okiem i odszedł, wspinając się po wzgórku. Wzruszyłam ramionami. Co mi może zrobić? Grzmotnąć zaklęciem? Jestem dziewczyną i jako gentleman nie powinien się tak zachować. Ale kto wie? Jest taki nieprzewidywalny. Pożegnałam się z Gryfonami i udałam się do lochów. Kojący chłód pobudził moje zmysły. Sapnęłam z ulgą.
-Czysta krew. - wypowiedziałam hasło i weszłam do salonu. Tak jak mogłam się tego spodziewać, siedział już tam Draco z nieodłączną częścią jego jestestwa czyli Ognistą Whiskey. Rzuciłam torbę na kanapę, a sama siadłam w fotelu. Zapadła cisza.
-A więc raczyłaś się pojawić? Już myślałem, że przeniesiesz się do Gryffindoru na stałe. - jego głos ociekał jadem. Zaskoczyło mnie to. Nie jestem niczyją własnością.
-Mam prawo się przyjaźnić się z kim chcę i ty tego mi nie zabronisz. - chcąc nie chcąc podniosłam głos, powstając z miejsca. Chłopak zrobił to samo. Podeszliśmy do siebie jak bokserzy przed walką mierząc się spojrzeniami.
-Zobaczymy. - syknął.
-Nawet mnie nie znasz. - odpyskowałam mu i sięgnęłam po flaszkę. Pociągłam mocny łyk. Pozwalało mi to odstresowywać się.
-Ale zawsze możemy się poznać. - odparł prosto. Coraz bardziej mnie zadziwiał. Usiadł przed kominkiem i poklepał miejsce tuż obok siebie. -Dajesz.- zachęcił mnie. Z ociąganiem dołaczyłam do niego, aby opowiedzieć mu historię mego życia.
-Gdzie zgubiłaś Blaise'a? - postanowiłam się z nią odrobinę podroczyć. Dziewczyna w lot pojęła o co mi chodzi.
-A jak tam twoja randka z Malfoyem? - odgryzła mi się z szatańskim uśmiechem na twarzy. Pokręciłam głową. Ta laska była niereformowalna.
-Oj kiedyś się doigrasz...- zaśmiałam się. Usiadłyśmy przy stole Ślizgonów oczekując na dalsze lekcje. Od czasu eliksirów nie zamieniłam z Harrym ani jednego słowa. Na transmutacji nie mieliśmy nawet czasu, aby wymienić ze sobą parę słów. Może złapię go po lekcjach? Przy niektórych stołach uczniowie grali w Magiczne Szachy Czarodziejów, a mało kto powtarzał materiał. I kto by pomyślał, że tutaj trafię? Już ten pierwszy dzień w szkole uświadomił mi jak ważna jest przyjaźń i ile można osiągnąć przez nią. Na własne oczy widziałam jak silne jest braterstwo między Ślizgonami. A jakby tak....zaprzyjaźnić się z Krukonami, Puchonami i Gryfonami? Do Sali weszli Blaise i Draco, przerywając moje rozmyślania.
-Czyżby panna Gilbert marzyła o tym jak będzie wyglądać nasza randka? - zakpił blondyn siadając tuż obok mnie (na złość, a jakże). Rzuciłam mu pełne pogardy spojrzenie.
-Moje myśli nie kręcą się wokół nadętych bufonów jak ty, Malfoy.-odparowałam, nie patrząc na niego więcej. Musiałam jakoś przetrwać ten rok z tym aroganckim i wiecznie napuszonym arystokratą od siedmiu boleści. Diabeł siedział tuż obok Victorii i widać było, że przepadają za sobą. No chociaż oni...Gwałtownie się wyprostowałam, gdyż zobaczyłam przy wejściu Harry'ego. Pomachałam ku niemu. Odmachał z wesołym uśmiechem na twarzy. Draco popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
-Ty i Potter? Proszę Cię...- prychnął z lekceważeniem.
-Masz coś do niego? To całkiem miły chłopak w porównaniu do Ciebie. - odpowiedziałam zimno, wstając od stołu.
-Uuu, zraniłaś me uczucia, o pani. - Malfoy chyba nie zamierzał przestać mi dokuczać. Zlekceważyłam go i odeszłam od stołu pełnym godności krokiem. Skierowałam się w stronę Gryfonów. Czarnowłosy wstał i przedstawił mnie pozostałym.
-To jest Elena. Elena, to jest Hermiona, Ron, Ginny, Lavender i Parvati. - na wywołane przez niego imiona, pomachali do mnie przyjaźnie, choć ja odniosłam wrażenie jakby Hermiona siedząca między Ronem, a Ginny trzymała mnie na dystans. Rudowłosy patrzył na mnie z nieufnością, ale Bogu dzięki, że nie wybuchnął. Ogólnie sprawiali miłe wrażenie. Aż biło od nich zaufanie. Nie to co Draco. Ten pewny siebie, przystojny chłopak mógłby mieć wszystkie, co skwapliwie wykorzystywał. Nie, nie on zdecydowanie nie pasował do moich wyobrażeń o idealnym chłopaku. W sumie już takiego spotkałam, lecz przez własną głupotę straciłam. Damon. Imię perfekcyjnego chłopaka.
-Wybierasz się w sobotę do Hogsmeade? - usłyszałam pytanie jakby z zaświatów. Spojrzałam nieprzytomnie na Harry'ego.
-Jasne. Z wami? - dodałam, patrząc na resztę jakby nie wiedząc jakiej odpowiedzi się spodziewać.
-No pewnie. Spotykamy się o 13 przed wejściem do zamku, a potem możemy iść przez Bijącą Wierzbę do Wrzeszczącej Chaty...- Potter już się rozpędzał w swoich pomysłach, lecz Ruda go powstrzymała:
-Dobrze wiesz jak ja nie lubię Wrzeszczącej Chaty. Lepiej pójdźmy do Trzech Mioteł, a potem do Miodowego Królestwa...- przerzuciła włosy na ramię. Ja tymczasem obróciłam głowę, aby zobaczyć reakcję Malfoya. I nie pomyliłam się. Patrzył na mnie z wyraźną wściekłością. Uśmiechnęłam się do niego czarująco i powróciłam do rozmowy z Gryfonami. Zadzwonił dzwonek i czas się było zbierać na lekcje. Akurat teraz w planie miałam zielarstwo, więc udałam się w stronę szklarni ramię w ramię z Harrym i jego paczką. Mijając innych uczniów, natrafiłam na dziwne spojrzenia kierowane w naszą stronę. Ślizgonka z Gryfonami? Toż to nie do pomyślenia. Zachichotałam w duchu. Od czasu do czasu można pozwolić sobie na małą ekstrawagancję. Bliznowaty popchnął drzwi i wyszliśmy na zewnatrz. Słychać było gdzieniegdzie świergot ptaków. Powietrze przesycone zapachem trawy, świeżo spadłego deszczu i czegość jeszcze. Lasu, o tak. Ostrożnie stawiając kroki, aby nie wpaść w błoto doszliśmy do szklanych budynków otoczonych zewsząd pnącymi się roślinami.
-Uważaj na te czarne i grube oraz oślizgłe. To są Diabelskie Sidła. Jak cię dopadną to już po Tobie. - ostrzegł mnie Harry, wskazując na grube, pnące się i przypominające liany rośliny. Na jego słowa poruszyła się i już miała mnie capnąć, gdyby nie natychmiastowa reakcja Hermiony:
-Lumos sores! - pnącza natychmiast się cofnęły pod wpływem oślepiającego światła.
-Dz-dziękuję. - zająknęłam się w podziękowaniu. Dziewczyna spojrzała na mnie.
-Nie ma za co. - na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Szybkim krokiem weszła do szklarni nr.13. Zrobiliśmy to samo.
*******
Po godzinie wyszliśmy zmordowani i spoceni. Dzisiaj na sam początek prof.Sprout kazała nam zaznajomić sie z Jadowitą Tentakulą. Pomasowałam swój obolały kark. Reszta nie wyglądała lepiej. Harry jakoś to zniósł, Hermiona również. Za to Ron pobladł i słaniał się na nogach. Lekcja zielarstwa porządnie dała się nam we znaki. Po chwili dołączył do nas Blaise.
-Jak tam drogie dzieci, trzymacie się? - zaśmiał się. Za tą odzywkę miałam mu ochotę strzelić w twarz. Czarnoskóry nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, za to szepnął mi do ucha:
-Radzę Ci dzisiaj nie zbliżać się do Smoka. Po tym co dzisiaj odstawiłaś, jest wściekły. - mrugnął do mnie okiem i odszedł, wspinając się po wzgórku. Wzruszyłam ramionami. Co mi może zrobić? Grzmotnąć zaklęciem? Jestem dziewczyną i jako gentleman nie powinien się tak zachować. Ale kto wie? Jest taki nieprzewidywalny. Pożegnałam się z Gryfonami i udałam się do lochów. Kojący chłód pobudził moje zmysły. Sapnęłam z ulgą.
-Czysta krew. - wypowiedziałam hasło i weszłam do salonu. Tak jak mogłam się tego spodziewać, siedział już tam Draco z nieodłączną częścią jego jestestwa czyli Ognistą Whiskey. Rzuciłam torbę na kanapę, a sama siadłam w fotelu. Zapadła cisza.
-A więc raczyłaś się pojawić? Już myślałem, że przeniesiesz się do Gryffindoru na stałe. - jego głos ociekał jadem. Zaskoczyło mnie to. Nie jestem niczyją własnością.
-Mam prawo się przyjaźnić się z kim chcę i ty tego mi nie zabronisz. - chcąc nie chcąc podniosłam głos, powstając z miejsca. Chłopak zrobił to samo. Podeszliśmy do siebie jak bokserzy przed walką mierząc się spojrzeniami.
-Zobaczymy. - syknął.
-Nawet mnie nie znasz. - odpyskowałam mu i sięgnęłam po flaszkę. Pociągłam mocny łyk. Pozwalało mi to odstresowywać się.
-Ale zawsze możemy się poznać. - odparł prosto. Coraz bardziej mnie zadziwiał. Usiadł przed kominkiem i poklepał miejsce tuż obok siebie. -Dajesz.- zachęcił mnie. Z ociąganiem dołaczyłam do niego, aby opowiedzieć mu historię mego życia.
Applause.
-Że co, proszę? - miałam wrażenie, jakbym się przesłyszała. Jeszcze miał czelność zaproponować mi coś takiego...
-To co słyszałaś. Randka za tą nalewkę. - uśmiechnął się perfidnie. Chciałam zetrzeć mu ten uśmieszek z tej jakże przystojnej twarzy. Podparłam się pod boki. Nie mogłam mu dać satysfakcji. To nie on będzie górą, tylko ja. Odwzajemniłam uśmiech. Zaskoczyło go to. Zbliżyłam się na odległość pięści.
-Randka za nalewkę....- odpowiedziałam przesłodzonym głosem, starając się go urobić jak najbardziej. Ten był pod wrażeniem moich umiejętności w zdobywaniu chłopaków. Położyłam dłonie na jego torsie i zatrzepotałam rzęsami. -Drrracusiu....- zaakcentowałam literę 'r'. Chłopak przełknął ślinę. Jeszcze chwila, a zdobędę nalewkę bez randki. Już miał coś odpowiedzieć, lecz przerwał nam lodowato zimny głos naszego opiekuna:
-Zamierzacie tam stać i migdalić się czy będziecie z łaski swojej pracować? - cofnęłam się na te słowa, trzeźwiejąc. Wyrwałam flaszeczkę cennego płynu z dłoni blondyna i obróciłam się,aby odejść do mojego stanowiska, które dzieliłam z Deanem Thomasem i Seamusem Finniganem. Smok chwycił mnie za ramię i szepnął do ucha:
-Jutro, o 17 przed Głównym Wejściem. Nie spóźnij się, bo tego nie lubię. - jego uchwyt zelżał i odszedł w kierunku Blaise'a, Pansy i Astorii. Prychnęłam. Czy zawsze musiał stawić na swoim? Rozpuszczony jedynak, ot co. Siadłam na stanowisku i w skupieniu wykonywałam czynności opisane w przepisie. Pokroiłam dokładnie korzeń asfodelusa i wrzuciłam go do kociołka. Zabulgotało. Spięłam w między czasie włosy, które zbytnio przeszkadzały mi w sporządzeniu wywaru. Szara mgiełka unosiła się ponad moim i innymi kociołkami przez co było nieznośnie gorąco. Myślałam, że zaraz się tu ugotuję. Odpięłam nieco bluzę i zakasałam rękawy. Chłopaki z mojej "eliksirowej drużyny" patrzyli na mnie z ciekawością.
-Jestem ubrudzona? Mam coś na nosie? - starałam się jakoś ich zachęcić do współpracy, bo ich gapienie się na mnie nie przynosiło jakichkolwiek efektów. Gryfoni oprzytomnieli i z zapałem zaczęli szykować składniki do wywaru, który powoli przybierał barwę bladej czerwieni. Jeszcze tylko zamieszać odpowiednio i eliksir będzie gotowy. Oparłam się o oparcie krzesła, obserwując innych przy pracy. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że w sali było pełno pary. Włosy Hermiony stały w każdym możliwym kierunku. Wyglądała zabawnie, bardzo zabawnie. Harry skupiony na tym co robił oraz Ron, który nie kumał nic, a nic. Nie musiałam nic robić, tylko czekać. Pracę przerwał dzwonek.
-Ci, co skończyli proszeni są o pozostawienie probówek z wywarem na moim biurku. PODPISANE. - podkreślił ostatnie słowo Snape, nadal coś kreśląc swoim piórem. Wlałam zawartość swojej mikstury do probówki i zakorkowałam ją. Pewnym krokiem podeszłam do biurka nauczyciela i ostrożnie postawiłam ją.
-Będzie 'W'? - Malfoy w tym samym czasie co ja odstawił buteleczkę na stole.
-Mam taką nadzieję. - odpowiedziałam i jak najszybciej wyszłam z sali, aby nie patrzeć już na niego. Co dwa stopnie mijałam schody, aż u ich szczytu spostrzegłam promieniejącą Vic.
-Nie uwierzysz co się stało! Dostałam 20 punktów na OPCM! - zaklaskała w dłonie jak mała dziewczynka. Widać było, że nauka przynosi jej ogromną radość. Wygięłam usta w wymuszonym uśmiechu.
-Gratuluję. - pogratulowałam jej najszczerzej jak tylko potrafiłam. Kątem oka zauważyłam, że Draco wychodzi z lochów w towarzystwie Pansy i Astorii. Gry ciąg dalszy? Proszę bardzo. Vic spojrzała na mnie zdumiona, gdy pociągnęłam ją za ramię w kierunku przeciwnym niż w tym, którym miałam mieć następną lekcję.
-Coś się stało? - spytała mnie, gdy znajdowałyśmy się w bezpiecznej odległości od pozostałych Ślizgonów i Gryfonów. Znalazłyśmy mały, przytulny kącik, gdzie nikt nie mógł nas znaleźć. Streściłam jej moją słowną przepychankę z Malfoyem na eliksirach.
-Czy to nie romantyczne? - westchnęła rzewnie i zrobiła rozmarzoną minę. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę. Czy ona postradała zmysły? Ja i Malfoy?! Wolne żarty...
-Nawet tak nie żartuj...- odgarnęłam zbłądzony kosmyk za ramię. Przez moje myśli to nie przeszło...O nie, nie. Blondynka przewróciła oczami.
-Nigdy nie mów nigdy...- wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym zalotnie. Po wczorajszej balandze nie widać było ani śladu. Promieniała po prostu swoistym szczęściem.
-A ty i Blaise? Wczoraj świetnie się dogadywaliście. - zmieniłam temat i ukierunkowałam go na jej relacje z Diabłem. Ta, tak jak się tego spodziewałam dziewczyna spłonęła ogromnym rumieńcem.
-Diabeł jak Diabeł...Zmienny jest. - spuściła głowę. Oho, coś wczoraj musiało dojść między nimi. Uniosłam brew.
-Porozmawiamy o tym wieczorem,a teraz mykaj na lekcje. - dziewczyna posłusznie wstała i odeszła. Patrzyłam za nią, aż nie zniknie. Poprawiłam torbę na ramieniu i ruszyłam w stronę klasy do transmutacji. Słyszałam, że McGonagall dawała nieźle w kość. Przy klasie natrafiłam na bandę Malfoya. Ten, jak to miał w zwyczaju, mrugnął do mnie okiem. Zmrużyłam oczy. "Nie daj sie sprowokować". - powtarzałam tą myśl jak mantrę i weszłam do sali zaraz za nauczycielką.
-To co słyszałaś. Randka za tą nalewkę. - uśmiechnął się perfidnie. Chciałam zetrzeć mu ten uśmieszek z tej jakże przystojnej twarzy. Podparłam się pod boki. Nie mogłam mu dać satysfakcji. To nie on będzie górą, tylko ja. Odwzajemniłam uśmiech. Zaskoczyło go to. Zbliżyłam się na odległość pięści.
-Randka za nalewkę....- odpowiedziałam przesłodzonym głosem, starając się go urobić jak najbardziej. Ten był pod wrażeniem moich umiejętności w zdobywaniu chłopaków. Położyłam dłonie na jego torsie i zatrzepotałam rzęsami. -Drrracusiu....- zaakcentowałam literę 'r'. Chłopak przełknął ślinę. Jeszcze chwila, a zdobędę nalewkę bez randki. Już miał coś odpowiedzieć, lecz przerwał nam lodowato zimny głos naszego opiekuna:
-Zamierzacie tam stać i migdalić się czy będziecie z łaski swojej pracować? - cofnęłam się na te słowa, trzeźwiejąc. Wyrwałam flaszeczkę cennego płynu z dłoni blondyna i obróciłam się,aby odejść do mojego stanowiska, które dzieliłam z Deanem Thomasem i Seamusem Finniganem. Smok chwycił mnie za ramię i szepnął do ucha:
-Jutro, o 17 przed Głównym Wejściem. Nie spóźnij się, bo tego nie lubię. - jego uchwyt zelżał i odszedł w kierunku Blaise'a, Pansy i Astorii. Prychnęłam. Czy zawsze musiał stawić na swoim? Rozpuszczony jedynak, ot co. Siadłam na stanowisku i w skupieniu wykonywałam czynności opisane w przepisie. Pokroiłam dokładnie korzeń asfodelusa i wrzuciłam go do kociołka. Zabulgotało. Spięłam w między czasie włosy, które zbytnio przeszkadzały mi w sporządzeniu wywaru. Szara mgiełka unosiła się ponad moim i innymi kociołkami przez co było nieznośnie gorąco. Myślałam, że zaraz się tu ugotuję. Odpięłam nieco bluzę i zakasałam rękawy. Chłopaki z mojej "eliksirowej drużyny" patrzyli na mnie z ciekawością.
-Jestem ubrudzona? Mam coś na nosie? - starałam się jakoś ich zachęcić do współpracy, bo ich gapienie się na mnie nie przynosiło jakichkolwiek efektów. Gryfoni oprzytomnieli i z zapałem zaczęli szykować składniki do wywaru, który powoli przybierał barwę bladej czerwieni. Jeszcze tylko zamieszać odpowiednio i eliksir będzie gotowy. Oparłam się o oparcie krzesła, obserwując innych przy pracy. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że w sali było pełno pary. Włosy Hermiony stały w każdym możliwym kierunku. Wyglądała zabawnie, bardzo zabawnie. Harry skupiony na tym co robił oraz Ron, który nie kumał nic, a nic. Nie musiałam nic robić, tylko czekać. Pracę przerwał dzwonek.
-Ci, co skończyli proszeni są o pozostawienie probówek z wywarem na moim biurku. PODPISANE. - podkreślił ostatnie słowo Snape, nadal coś kreśląc swoim piórem. Wlałam zawartość swojej mikstury do probówki i zakorkowałam ją. Pewnym krokiem podeszłam do biurka nauczyciela i ostrożnie postawiłam ją.
-Będzie 'W'? - Malfoy w tym samym czasie co ja odstawił buteleczkę na stole.
-Mam taką nadzieję. - odpowiedziałam i jak najszybciej wyszłam z sali, aby nie patrzeć już na niego. Co dwa stopnie mijałam schody, aż u ich szczytu spostrzegłam promieniejącą Vic.
-Nie uwierzysz co się stało! Dostałam 20 punktów na OPCM! - zaklaskała w dłonie jak mała dziewczynka. Widać było, że nauka przynosi jej ogromną radość. Wygięłam usta w wymuszonym uśmiechu.
-Gratuluję. - pogratulowałam jej najszczerzej jak tylko potrafiłam. Kątem oka zauważyłam, że Draco wychodzi z lochów w towarzystwie Pansy i Astorii. Gry ciąg dalszy? Proszę bardzo. Vic spojrzała na mnie zdumiona, gdy pociągnęłam ją za ramię w kierunku przeciwnym niż w tym, którym miałam mieć następną lekcję.
-Coś się stało? - spytała mnie, gdy znajdowałyśmy się w bezpiecznej odległości od pozostałych Ślizgonów i Gryfonów. Znalazłyśmy mały, przytulny kącik, gdzie nikt nie mógł nas znaleźć. Streściłam jej moją słowną przepychankę z Malfoyem na eliksirach.
-Czy to nie romantyczne? - westchnęła rzewnie i zrobiła rozmarzoną minę. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę. Czy ona postradała zmysły? Ja i Malfoy?! Wolne żarty...
-Nawet tak nie żartuj...- odgarnęłam zbłądzony kosmyk za ramię. Przez moje myśli to nie przeszło...O nie, nie. Blondynka przewróciła oczami.
-Nigdy nie mów nigdy...- wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym zalotnie. Po wczorajszej balandze nie widać było ani śladu. Promieniała po prostu swoistym szczęściem.
-A ty i Blaise? Wczoraj świetnie się dogadywaliście. - zmieniłam temat i ukierunkowałam go na jej relacje z Diabłem. Ta, tak jak się tego spodziewałam dziewczyna spłonęła ogromnym rumieńcem.
-Diabeł jak Diabeł...Zmienny jest. - spuściła głowę. Oho, coś wczoraj musiało dojść między nimi. Uniosłam brew.
-Porozmawiamy o tym wieczorem,a teraz mykaj na lekcje. - dziewczyna posłusznie wstała i odeszła. Patrzyłam za nią, aż nie zniknie. Poprawiłam torbę na ramieniu i ruszyłam w stronę klasy do transmutacji. Słyszałam, że McGonagall dawała nieźle w kość. Przy klasie natrafiłam na bandę Malfoya. Ten, jak to miał w zwyczaju, mrugnął do mnie okiem. Zmrużyłam oczy. "Nie daj sie sprowokować". - powtarzałam tą myśl jak mantrę i weszłam do sali zaraz za nauczycielką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)