niedziela, 9 lutego 2014

A Little Party Never Killed Nobody.

Nastał styczeń. Najpiękniejsza pora roku była w pełni. Śnieg mienił się w Słońcu, a mroźne powietrze odświeżało przemęczone nauką umysły. Przerwa świąteczna dobiegała końca i uczniowie powoli się zjeżdżali do szkoły. Przed tygodniem zostałam wypisana ze Skrzydła Szpitalnego mimo natarczywych protestów pani Pomfrey, która uważała, że nadal jestem za słaba. Ja nie miałam zamiaru marnować czasu leżąc bezczynnie i gapiąc się w sufit. Musiałam zaliczyć transmutację, obronę przed czarną magią i zielarstwo, bo totalnie olałam te przedmioty. Masakra, jeszcze więcej nauki, bo w tym półroczu czekały mnie owutemy - najważniejsze magiczne egzaminy ustne, praktyczne i pisemne. W dalszym ciągu nie odzywałam się do Victorii, która najwidoczniej uznała, że moja przyjaźń nie jest wiele warta. Nie tylko ode mnie się odsunęła. Blaise najmocniej odczuł to odrzucenie. Od Draco dowiedziałam się, że powiedziała wprost Diabłowi, że nie pasują do siebie i lepiej będzie jak pozostaną przyjaciółmi. Współczułam mocno chłopakowi, bo nie zasłużył na to, a ostatnio Vic zmieniła się nie do poznania: zaczęła więcej czasu spędzać z Pansy i Milicentą oraz unikała nas jak ognia. Siedziałam właśnie w Wielkiej Sali przy stole Ślizgonów razem z Draco, z którym w tym czasie bardzo się zbliżyłam. Pod stołem trzymaliśmy się za ręce i jedliśmy obiad. Co rusz ukradkiem zerkałam w stronę siedzących nieopodal dziewczyn: Pansy, Milicenty oraz Victorii. Blondynka zarzuciła swoimi blond włosami i zaśmiała się z czegoś perliście. Astoria zniknęła gdzieś tajemniczo i nie pokazywała się już w ich towarzystwie.
-Przekonałeś Diabła, aby wreszcie wyszedł z dormitorium? - spytałam cicho arystokratę, który zajadał się właśnie puree ziemniaczanym z boczkiem. Ten spojrzał na mnie i pokręcił przecząco głową. Od tygodnia Blaise nie pokazał się na obiadach czy śniadaniach. Był wyłącznie na lekcjach, a i tak na nich nie uważał, odpływając myślami gdzie indziej. Martwiłam się o niego i to bardzo, bo bardzo go polubiłam i uważałam go za świetnego kumpla i przyjaciela. Nie zasłużył sobie na takie traktowanie ze strony Victorii. Pogrzebałam widelcem po talerzu. Straciłam ochotę na jedzenie.  Blaise chyba za bardzo przeżywa odrzucenie ze strony Collinsówny. Rozczarowałam się nią, a jednocześnie nie wiedziałam co w nią wstąpiło.
-El, musisz coś jeść. - Draco przysunął spowrotem mój talerz bliżej. Wygięłam usta w podkówkę. Czy nie mógł mi choć raz odpuścić? I tak mam umrzeć to po co mam jeść?
-Nie jestem głodna. - zaczęłam obgryzać moje idealnie pomalowane na krwistoczerwony kolor paznokcie. Robiłam tak, gdy stres dawał się we znaki. Chłopak niemalże wyciągnął mi palce z buzi siłą. Spojrzał na mnie z dezaprobatą.
-Nie przyjmuję takiej odpowiedzi. Masz jeść albo ja będę Cię karmić. - to ostatnie mruknął mi do ucha, lekko przygryzając jego płatek. Zadrżałam i zarumieniłam się. Rozejrzałam się po Sali. Przy stole Puchonów siedział Stefan i rozmawiał z jakąś Puchonką. Widać, że wciągnęła go ta rozmowa, bo dziewczyna wyraźnie była nim zauroczona. Przygryzłam wargę. Gdzieś w głębi siebie oczekiwałam go, aż przyjdzie do Skrzydła i odwiedzi mnie, ale tak się nie stało. Zabolało, to fakt. Ale przecież życie innych nie będzie się kręcić wokół mojego. Nie jestem pępkiem świata. Obróciłam się spowrotem do naszego stołu i wzięłam do ust kęs jedzenia. Draco uniósł brew, ale ja to zignorowałam. Przełknęłam. W uszach wciąż dudniły mi słowa Victorii oraz jej śmiech.
-Hej, ludziska! Słyszeliście o tym, że w Walentynki będzie impreza stylizowana na lata 20.? - razem z Draco obróciliśmy się, podobnie jak inni uczniowie. Na stole Gryfonów stał szatyn o szalonych brązowych oczach. To był chyba Seamus. Wszyscy zamilkli.
-Wiemy, no i co z tego? Co za sierota...- z drugiego końca sali odezwał się jakiś chłopak z wyższością w głosie. Wywróciłam oczami. Boże, że ten Zachariasz nie potrafił utrzymać języka w gębie. Blondyn ścisnął moją dłoń mocniej. Chyba czuł to samo co ja. Wstaliśmy od stołu i opuściliśmy salę prawie niezauważeni, bo zdążyłam zerknąć w stronę Stefana, który patrzył się prosto na mnie z delikatnym uśmiechem na twarzy, ale i żalem w oczach.  Odwzajemniłam uśmiech i po wyjściu z Sali chwyciłam Draco za rękę. Ten skwitował to uroczym uśmiechem przeznaczonym tylko dla mnie. Nasze ręce huśtały się między nami, gdy spacerowaliśmy opuszczonymi korytarzami szkoły, patrząc czasami przez duże, gotyckie okna jak śnieg wiruje w powietrzu.
-Pójdziesz ze mną w Walentynki do Hogsmeade? - spytał mnie blondyn, idąc tuż obok. Spojrzałam na niego zaskoczona. Zatrzymaliśmy się przy jakieś pustej klasie.
-Przecież...słyszałeś, że jest impreza w szkole...- zająknęłam się, czują się niezręcznie. Chętnie bym się wyrwała, poszła na jakąś zabawę i upiła do nieprzytomności. Błyski podniecenia zgasły w stalowoszarych oczach Ślizgona. Zostały zastąpione przez obojętność i trudno skrywany smutek.
-Dobra, jak chcesz....To była tylko propozycja. - puścił moją dłoń i schował swoje w kieszenie ciemnych dżinsów lekko przetartych przy kolanach. Spuścił głowę i zaszurał nogą po zakurzonej posadzce. Zaczęłam bawić się nerwowo pierścionkiem na moim palcu chroniącym mnie przed światłem słonecznym.
-Draco...mogę z Tobą iść do Hogsmeade. - powiedziałam, przerywając uciążliwą ciszę między nami. Z dołu słychać było tylko gwar uczniowski.
-Nie musisz aż tak się dla mnie poświęcać. Łaski mi nie robisz. - odpowiedział zimno nawet na nie patrząc w moją stronę. Westchnęłam.
-To nie tak...- wyciągnęłam rękę, aby dotknąć jego ramię, ale ten strzepnął ją momentalnie. Odwrócił się z zamiarem odejścia.
-Myślałem, że coś do mnie czujesz. Ale widać myliłem się. Cóż za ironia losu...- rzucił gorzko przez ramię i odszedł. W moich oczach pojawiły się łzy zamazując mi całkowicie widoczność. Wszystko zlało się w jedną szaroburą plamę. Chciałam za nim pobiec, zatrzymać, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Podparłam się ściany i cicho jęknęłam. Osunęłam się na posadzkę, a łzy swobodnie płynęły mi po policzkach. Oparłam głowę o ścianę i najzwyczajnie w świecie ryczałam. Podkuliłam nogi i wczepiłam palce we włosy. Teraz nie miałam już nic.
-Och, gdybyś wiedział jak ja bardzo Cię kocham...-wzdychnęłam ciężko, siorbiąc nosem. W końcu musiałam nazwać moje uczucia do Niego. Ale teraz było już za późno. Jakąś głupią imprezę przedłożyłam nad romantyczną randkę z Draco. Głupia ja...
****
-Draco! Draco! - rozległ się dziewczęcy okrzyk na korytarzu. Chłopak mimo, że był w złym nastroju obrócił się.
-Czego? - burknął w stronę biegnącej w podskokach dziewczynie. Tej nie zraziło to i przyczepiła się do niego niczym harpia.
-Pójdziesz ze mną do Hogsmeade w Walentynki? - blondynka zrobiła dziubek i zatrzepotała rzęsami. Dzisiaj, o dziwo była normalnie ubrana: szkolna szata, neutralny makijaż i beżowe paznokcie.
-Astoria...Nie. Przepraszam Cię bardzo, ale nie. - odepchnął od siebie rozczarowaną czarownicę i odszedł. Szedł ciemnymi korytarzami w stronę Pokoju Życzeń. Zawsze tam chodził, gdy tylko dręczył go jakiś kłopot i nie chciał nikogo widzieć ani spotkać. Przeszedł trzy razy przed gołą ścianą, myśląc o miejscu, w którym chciałby się teraz znaleźć. Po chwili drzwi się pojawiły i Draco pchnął je, wchodząc do środka. Zawiało stęchlizną i starością. Drewniana podłoga zaskrzypiała pod wpływem ciężkich butów chłopaka. Drzwi się cicho zamknęły i pomieszczenie ogarnął mrok.
-Lumos.- mruknął pod nosem Ślizgon i z końca różdżki zapaliło się jasne światło. Wszedł głębiej. Pośrodku niewielkiego pomieszczenia stała zużyta kanapa, a przy niej mały, kulawy stoliczek. Kominek ział chłodem. Ogólnie to pokój przedstawiał obraz jak po drugiej wojnie światowej. Blondyn rozsiadł się na przykurzonej kanapie i zapalił w kominku. Pomieszczenie oświetlił blask ognia trzaskającego w palenisku. Zamyślił się. W jego myśli wkradła się pewna urocza brunetka. Oczarowała go, gdy po raz pierwszy spotkali się na londyńskim przedmieściu. Wiedział, że to nie będzie przelotna znajomość i przerodzi się to w coś więcej. Kiedyś. I to kiedyś nadeszło właśnie teraz, a on sam nie wiedział czy dawać temu jakiekolwiek szanse.  Dotknął palcami swoich ust. Pamiętał smak jej pocałunku, gdy całowali się w Skrzydle Szpitalnym. Słodki i niewinny, a zarazem zmysłowy i kuszący. Kto by się jej oparł? Znał jej prawdziwą naturę, ale nie obawiał się, że ona go zaatakuje. I jeszcze ta sprawa z Blaisem i Victorią. Nie chciał się Elenie przyznać, ale nigdy nie polubił tej blondynki. Wydawała mu się taka roztrzepana i niepoukładana, a teraz złamała serce jego najlepszemu przyjacielowi od czasów dzieciństwa. Ukrył twarz w dłoniach. Nie wiedział co robić. To go kompletnie przerosło.
********
-A od jak dawna tu jesteś? - Stefan wraz z nowo poznaną Puchonką przechadzali się po długich korytarzach Hogwartu. Chłopak miał na sobie roztrzepaną, błękitną koszulę, którą kiedyś dostał od Eleny, a nosił ją przez sentyment do niej, obcisłe dżinsy oraz wygodne buty. Dłonie schowane miał w kieszeniach spodni.
-Od miesiąca. - odparł krótko przypatrując się swojej rozmówczyni. Miękkie, ciemnoblond włosy opadały łagodnie na ramiona. Ciemnoniebieskie oczy przypatrywały się światu z lekkim rozmarzeniem. Ich ciche kroki niosły się delikatnym echem po przestrzeni.
-A nazywasz się...- tu Stefan zmarszczył brwi usiłując przypomnieć sobie jej imię.
-Hannah. - odparła z uśmiechem dziewczyna, patrząc na niego.
-Nie wiedziałem, że wyrywasz samotne uczennice. No, no...kto by pomyślał. Niewinny Stefan Salvatore polujący na dziewice. - zza ich pleców dobiegł zimny głos Damona. Obrócili się błyskawicznie. Hannah pobladła. Profesor Scotish nie należał do jej ulubionych nauczycieli.
-Czego chcesz? - Stefan stanął tuż przed Puchonką, aby w razie czego ochronić ją, gdyby Damon zaatakował. Młodszy Salvatore dobrze wiedział do czego jest zdolny jego starszy brat. Czarnowłosy nonszalanckim krokiem podszedł do nich, strzelając obcasem swoich butów o podłogę.
-Gdzie jest Elena? - starszy Salvatore wbił wzrok w brata.
-Nie mam pojęcia. Ostatnio widziałem ją jak wychodziła z Wielkiej Sali.- odparł spokojnie Stefan, łapiąc Hannah w pasie.
-Musimy ją znaleźć. Mam dla niej lekarstwo. - Damon wyjął z kieszeni małą buteleczkę z przezroczystym, lekko złotawym płynem.
-Lekarstwo? - nie zrozumiał szatyn.
-Ona umiera.- oznajmił mu Damon i po chwili już go nie było.

sobota, 8 lutego 2014

Burn.

Powoli się przebudzałam. Zamrugałam szybko powiekami, bo  niezbyt wyraźnie widziałam. Gdy tylko ostrość obrazu wróciła spowrotem na swoje miejsce pierwsze co zobaczyłam to białe sklepienie. Zmarszczyłam brwi. Jak ja się tu znalazłam? Uniosłam nieco głowę. Pod oknami stały rzędy łóżek o nieskazitelnie czystej pościeli. Obróciłam głowę. Na sąsiednim łóżku spała Victoria z lekko rozchylonymi ustami. Poza nami nikogo nie było. Pani Pomfrey krzątała się po swoim kantorku i układała eliksiry oraz lekarstwa. Nuciła też pod nosem jakąś melodię. Podniosłam swoje ręce i obejrzałam je dokładnie. Ani śladu rękawiczek. Dotknęłam palcami mojej piżamy. Suknia musiała zostać ściągnięta lub przetransmutowana w lekkie, bawełniane odzienie. Podniosłam się do pozycji siedzącej.  Czułam się o niebo lepiej i nie kręciło mi się już w głowie. Usiadłam na łóżku odgarniając pościel. Spuściłam nogi na posadzkę. Nie miałam ochoty na dłuższe wylegiwanie się. Trzeba było jakoś zaliczyć semestr z dobrymi ocenami. Już jutro zaczynała się przerwa świąteczna. Przeciągnęłam się.
-Nie wstawaj. Musisz jeszcze długo odpoczywać. Profesor Dumbledore powinien Cię dzisiaj odwiedzić. - zalał mnie słowotok pielęgniarki, która zorientowała się, że wstałam i podeszła do mnie z tacką, a na niej stały buteleczki z dziwnie wyglądającymi substancjami: od jaskrawoniebieskiej (zupełnie jak Lagoona Drink) po ciemnofioletowe (jak gumi jagody xD). Skrzywiłam się.
-Muszę to pić? - spytałam, choć dobrze znałam odpowiedź. Potulnie położyłam się spowrotem pod ciepłą kołdrę obserwowana z surowym wyrazem twarzy przez panią Pomfrey.
-Tak zalecił dyrektor i Severus. A teraz pij. - podała mi pierwszą buteleczkę. Spojrzałam na nią ze wstrętem. Chłód szklanej powierzchni naczynka ostudził moje zapędy. Przełknęłam nerwowo ślinę i pomyślałam:
-"Raz kozie śmierć." - wychyliłam całą buteleczkę, a śluzowata ciecz spełzła mi po gardle. Charknęłam. Niedobre. Chwilę potem wypiłam następne trzy buteleczki i z głowy. Oparłam głowę o miękką poduszkę. Co się właściwie wczoraj stało? Jedynie co pamiętałam to,że natknęłam się na Victorię i Blaise'a. A potem nic. Pustka. Czarna dziura jakby ktoś rzucił na mnie mocne Obliviate. Leżąc skonfundowana niezauważyłam jak Victoria się powoli przebudzała. Co ona właściwie tutaj robiła? I gdzie był Blaise? Spojrzałam w jej kierunku. Nie wyglądała za dobrze: sine worki pod oczami znaczyły jej niespotykanie bladą cerę. Powieki lekko drgały unosząc się. Usta zeschnięte na wiór. Musiała mieć ciężką noc.
-Cześć Vic. - mój głos dziwnie zabrzmiał pośród szpitalnej ciszy. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.
-Jak się czujesz? - spytała się mnie, nachylając się ze swojego łóżka. W jej niebieskich oczach czaiła się troska i zaniepokojenie. Machnęłam ręką.
-Nawet dobrze. A ty co tu robisz? - odgarnełam dłonią kosmyk włosa, czując dziwne ukłucie w sercu.
-Ja...pani Pomfrey uznała, że jestem wykończona fizycznie i muszę tu leżeć. Chociaż nieco mnie to frustruje. Nic mi przecież nie jest! - westchnęła ciężko Victoria przeczesując włosy palcami. Pukle blond włosów wisiały smętnie wokół jej drobnej twarzy. Dziewczyna wyglądała jak cień samej siebie. Zrobiło mi się jej żal oraz ogarnęły wyrzuty sumienia. To pewnie przeze mnie doprowadziła się do takiego stanu. Przgryzłam wargę. Zamilkłyśmy. Drzwi skrzypnęły. Obróciłyśmy obie głowy w tym samym kierunku. Do pomieszczenia wszedł profesor Dumbledore razem z profesorem Snapem. Ten ostatni przechodząc tuż obok łóżka, na którym leżała Victoria rzucił szybko okiem. Nie skomentowałam tego. Starzec podszedł do mojego łóżka i stanął u jego wezgłowia. Oparł dłonie o stalową ramę mego tymczasowego posłania. Spojrzałam mu w oczy i już wiedziałam: wiadomości nie będą dobre. Wręcz przeciwnie. Zacisnęłam dłonie na kołdrze aż pobielały mi kłykcie.
-Dzień dobry, profesorze. - przywitałam się na pozór miłym głosem. W środku mnie aż się gotowało ze strachu. Czy aby nie czekała na mnie śmierć?
-Witam panienko Gilbert. Severusie, czy mógłbyś? - tu głową wskazał na Victorię. Snape mruknął coś pod nosem, co zabrzmiało mi jak inwektywa. Podszedł do łóżka mojej przyjaciółki, stając do mnie plecami zasłonił zasłoną stanowisko. Collinsówna założyła ręce na piersiach z naburmuszoną miną jakby nie cieszyła się na towarzystwo Nietoperza z Lochów. Profesor również nie pałał optymizmem.
-Nie mam pomyślnych dla Ciebie wiadomości. Również Poppy martwi się, bo nie umie ci pomóc. Jak mniemam jesteś peripeuvre: pół wampir, pół czarownica. Pozwól, że dokończę. - dodał, gdy zobaczył, że chcę coś powiedzieć. Natychmiast zamknęłam usta i słuchałam dalej:
-Nosisz w sobie dwa zwalczające się pierwiastki: nieśmiertelność wampira i moc czarownicy. Jak wiesz, w świecie czarodziejskim nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Nawet Severus jest wobec tego bezradny. - tu przerwał, bo zza zasłony usłyszeliśmy jego wściekłe warknięcie:
-Collins! -
-No co no? Prawda w oczy kole? - Victoria odpowiedziała mu ironicznie.
-Zatem widzisz, Twój los jest jeszcze nie przesądzony. Nie musisz umrzeć, ale musisz za to zrezygnować albo z wampiryzmu albo magii krwi. - kontynuował dalej Dumbledore. Mimo, że spodziewałam się to usłyszeć to i tak to był szok dla mnie. Nie odezwałam się nic. Zapadła cisza przerywana wściekłymi warknięciami Snape'a i Victorii. O czym oni gadali? Nie miałam zielonego pojęcia. Zbytnio się skupiłam na tym co oznajmił mi dyrektor.
-A co, jeśli nie zrezygnuje z żadnego z nich? Co mnie czeka? - zadałam mu pytania, zerkając na profesora z obawą. Poczułam uderzenia gorąca wraz z każdym uderzeniem serca.
-No cóż...Jeśli nie dokonasz wyboru czeka Cię pewna śmierć. Nie chcę Ci mówić co się stanie w tym okresie, gdy będziesz umierać.  Ale sądzę, że dokonasz właściwego wyboru. - tu uśmiechnął się do mnie dobrotliwie, a błękitne oczy wpatrywały się we mnie z sympatią. Powstał.
-Severusie.- odsłonił zielonkawą zasłonę i to co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie, a Dumbledore'a w chichot: moja najlepsza przyjaciółka leżała w ramionach profesora Snape'a, który nie był z tego faktu zadowolony. Jego czarne, tłuste włosy były potargane i ułożone w nieładzie, a na ziemistej cerze wykwitły dwa krwistoczerwone rumieńce. Widząc nasze spojrzenia, wyrwał się z objęć blondynki.
-Głupia dziewucha. - burknął, poprawiając swoją nieśmiertelną, czarną szatę. Odwróciłam wzrok nieco skrępowana zachowaniem Victorii. Co ją napadło? Ona i Snape? Serio? Przecież ten facet był 20 lat starszy od niej. A co z Blaisem? Przecież chłopak niemal się za nią uganiał, a ona przyjmowała jego zaloty. A teraz Snape. Jeszcze raz zerknęłam na dziewczynę. Ta nie wyglądała na skrępowaną. Wręcz przeciwnie. Patrzyła się wyzywającym wzrokiem w stronę Mistrza Eliksirów, który był bliski furii. Zatkałam sobie usta dłonią, bo czułam jak głupawka do mnie dociera. Profesor Dumbledore położył dłoń na ramieniu młodszego nauczyciela. Ten zacisnął jedynie dłonie w pięści. Wyglądał jak ucieleśnienie zimnej furii.
-Severusie, chodź. Na dziś już koniec. Do widzenia. - mrugnął do nas starzec i wyprowadził na zewnątrz nieco opierającego się nauczyciela eliksirów.
-Szalony.- skomentowała Victoria tuż po wyjściu profesorów. Ja jedynie pokręciłam głową. Nie wiem, co ona widzi w Snapie. Mnie już sam jego wygląd odstrasza.
-Mam pytanko: co ty właściwie knujesz? - oparłam się wygodnie na poduszkach, oczekując na odpowiedź. Przyjaciółka jedynie wzruszyła ramionami.
-Niby co mam knuć? - odpowiedziała mi pytaniem. Ja uniosłam brew.
-Co z Blaisem? Pomyślałaś o nim, o tym jak się będzie czuł, gdy dowie się, że kręcisz ze Snapem? To nie jest miłe, gdy dowiadujesz się, że ukochana ci osoba najpierw kręci z Tobą, a gdy nabierasz nadziei, ona znika. - przed moimi oczami ukazał się obraz Stefana, gdy z nim zrywałam, bo nie mogłam przezwyciężyć uczucia do Damona. Zamrugałam szybko powiekami. Nie czas na roztkliwianie się nad sobą.
-To, że ty byłaś taką suką to nie moja sprawa. A to, kogo kocham to jest MOJA i wyłącznie MOJA sprawa. Nic ci do tego. A Blaise może się gonić. - warknęła Victoria. Obróciła się na drugą stronę, odwracając się do mnie plecami. Co ją napadło?
-Nie ma to jak dowiedziec się od "przyjaciółki", że jesteś zwyczajną suką, która wykorzystuje facetów jak zabawki i porzuca je. -mruknęłam i również odwróciłam się od niej w podłym nastroju. Nie dość, że się dowiedziałam, że umieram, to moja "przyjaciółka" wbija mi takie coś w plecy. Okryłam się szczelnie kołdrą po same uszy. Zamknęłam oczy chcąc unieść się w świat marzeń, gdzie nie było bólu i cierpienia. Nie było mi to jednak dane, bo usłyszałam jak ktoś wpada do Skrzydła Szpitalnego.
-Wynocha mi stąd! Tu ma być cisza! - usłyszałam okrzyk oburzenia pielęgniarki. Po chwili rumor przewracanych sprzętów i cisza. Potem odgłos kroków na podłodze.
-Elena. - szepnął mi do ucha Blaise, dotykając mego ramienia. Drgnęłam. Nie chciałam z nikim rozmawiać.
-Czego? - burknęłam niewyraźnie spod kołdry.
-Ktoś na Ciebie czeka, mała. - odgarnął pościel. Z niechęcią usiadłam na materacu i spojrzałam w kierunku drzwi wejściowych.  Stała w nich postać dobrze mi znana, ale i niespodziewana tutaj.
-Witaj. - tembr jego głosu sprawił, że natychmiast oniemiałam. Usta utworzyły się w literę 'O'. Zaczęłam natychmiast poprawiać moje potargane i nieuczesane włosy.
-Przestań. Podobasz mi się taka jaka jesteś. - jego słowa zadziałały na mnie jak zaklęcie. Momentalnie przestałam przeczesywać włosy, a ręce opadły mi na nogi. Podszedł wolnym krokiem, szurając nonszalancko butami o podłogę. Usiadł na skraju łóżka i dotknął mojej dłoni swoją. Przeszła przez nie miła iskra. Zadrżałam. Palcami sunął po mojej ręce, wzdłuż niebieskawych żył odcinających się delikatnie od bladej skóry. Zagryzłam wargi. Nie mogłam ukryć, że robi się coraz bardziej gorąco.
-Na resztę musisz zasłużyć. - cicho się zaśmiał, a ja nie umiałam powstrzymać uczucia zażenowania.
-To nie fair! - warknęłam i ukryłam się pod kołdrą. Ten jednak nie chciał mi dać spokoju. Odkrył kawałek, przez co mogłam ujrzeć jego platynową, przydługą grzywkę opadającą mi w tej chwili na czoło. Zobaczyłam również śmiejące się stalowoszare oczy.
-Kocham Cię, Eleno. - te cudowne słowa miały się wyryć na zawsze w mojej pamięci. Chłopak nachylił się jeszcze bardziej, a jego wargi dotknęły moich. Reszta utonęła w mroku.

czwartek, 6 lutego 2014

Cheating.

Victoria biegła jak oszalała przez długie i opustoszałe korytarze Hogwartu. Musiała jak najszybciej dotrzeć do gabinetu dyrektora. Ból kłuł ją w boku, ale nie zwracała na to uwagi. Pod wpływem adrenaliny biegła bardzo szybko. 10, 9, 8, 7 metrów....Drzwi otworzyły się i dziewczyna się o nie odbiła. Upadła dość boleśnie na twardą posadzkę.
-A co tu pani robi, panno Collins? - blondynka nadal się krzywiąc uniosła głowę w górę. Nad nią stał Nietoperz szkolny, Snape. Przełknęła ślinę. Teoretycznie nie powinna się go bać, bo był opiekunem jej domu, ale nie tolerował nocnych szwędań się po szkole. Nauczyciel uniósł swoją krzaczastą brew do góry. -Pytałem o coś.-
-Sz-szukam profesora Dumbledore'a. - wyjąkała zarumieniona dziewczyna, wstając z podłogi. Profesor chwilę milczał, lecz potem kontynuował przesłuchanie:
-A w jakiej sprawie?-
-Bo...z Eleną dzieje się coś niedobrego. Krew puszcza jej się z nosa i ust, dusi się i traci przytomność. Ja....- nie dokończyła, bo profesor Snape otworzył drzwi i wskazał palcem, aby weszła do środka. Victoria skuliła się w sobie i niemal wbiegła przez próg jakby coś ją goniło. Po chwili znalazła się w gabinecie dyrektora szkoły. Nie było to zwyczajne pomieszczenie: półki z książkami sięgały niemal sufitu, podłoga wyłożona ekscentrycznym perskim dywanem w fantazyjne wzorki, parapety okien pozastawiane różnymi, dziwnym przedmiotami, o których funkcji Collinsówna nie miała pojęcia. Pośrodku pomieszczenia stało potężne, mahoniowe biurko, a przy nim dwa krzesła w wysokimi oparciami. Obok biurka stał drążek, a na nim usadowił się czerwonozłoty feniks. Zwrócił swój łepek w stronę blondynki i przeszył ją przenikliwym spojrzeniem. Victoria zadrżała. Czuła jakby ptak miał rentgena w oczach. Nerwowo zaczęła tupać nogą. Nigdy nie była w gabinecie największego czarodziejach w historii magii. Nigdy też nie była z nim sam na sam. Zwłaszcza, że okoliczności tego spotkania nie były zbyt szczęśliwe.
-Witam, panno Collins. Co Panią do mnie sprowadza? - Victoria na miękki i spokojny głos starca nieco wystraszył i tak już przerażoną dziewczynę. Zacisnęła spocone dłonie w pięści.
-Ja...ja...chodzi tu o Elenę. - wyjąkała znerwicowana Victoria, przestępując z nogi na nogę. Snape krążył po gabinecie niczym nietoperz żądny krwi.
-Coś się stało? - spytał łagodnie dyrektor zasiadając za biurkiem. Połówki jego okularów połyskiwały wesoło w płomykach świec. Victoria zawahała się. Nie wiedziała od czego zacząć.
-Nie wiem od czego zacząć...- bąknęła nieśmiało dziewczyna, spuszczając wzrok na swoje ulubione pluszowe kapcioszki.
-Najlepiej od początku. - mruknął ironicznie Severus, stając za krzesłem Dumbledore'a. Ten spojrzał na niego karcąco. Po chwili wrócił wzrokiem na osobę młodej Ślizgonki. Uśmiechnął się łagodnie.
-Nie przejmuj się profesorem. Czasami ma takie....napady złego humoru. - odezwał się, powstrzymując śmiech na widok skwaszonej miny młodszego mężczyzny. Victoria uśmiechnęła się blado.
-Więc jeśli chodzi o Elenę, to ...jest w nie najlepszym stanie. I jeśli mogę się ośmielić to radziłabym się pospieszyć do Skrzydła Szpitalnego. - wypaliła. Po chwili na jej dłoni zmaterializowała się mała karteczka:
"Zabrałem Elenę do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey już się nią zajmuje, ale prosi, aby przyszedł prof.Dumbledore. Pospiesz się!
Całusy, Diabeł."

-odczytała, wpatrując się oniemiała w treść liściku. Elena w szpitalu? To aż w takim stanie była dziewczyna? Pokazała liścik dyrektorowi i Mistrzowi Eliksirów. Ostatni dopisek czarnowłosy nie mógł przemilczeć:
-Jakie to słodkie.- skrzywił usta w sarkastycznym uśmiechu, który jednak nie obejmował jego zimnych, czarnych oczu. Victoria zmrużyła oczy i zapowietrzyła się. Już miała coś odpyskować, gdy starzec dotknął jej ramienia.
-Nie warto. Twoja przyjaciółka teraz Cię potrzebuje. - odparł łagodnie i popchnął ją delikatnie w stronę wyjścia. Dziewczyna jedynie westchnęła i zbiegła po schodach. To dziwne uczucie, które towarzyszyło jej, gdy prof.Snape się na nią patrzył minęło.  Teraz najważniejsza była Elena. Idąc tuż za profesorami zdawało jej się, że droga do Skrzydła Szpitalnego dłużyła się niemiłosiernie. W końcu doszli do szpitala. Snape popchnął drzwi i weszli do dużej sali przepełnionej ciężkim zapachem leków. Na jednym z łóżek leżał wciąż nieprzytomny Draco, a tuż obok niego Elena. Wyglądała jak żywe zombie: rozmazana krew na twarzy do tego rozmyty makijaż. Snape razem z Dumbledorem i panią Pomfrey zaczęli się krzątać wokół nieprzytomnej brunetki. Blaise  stanął tuż za blondynką i objął ją w pasie. Milczeli. Ta noc nie należała do najspokojniejszych: ich najbliżsi przyjaciele leżeli w szpitalu nieprzytomni i niewiadomo kiedy mieli się obudzić.  Collinsówna stała bezruchu. Starała się być silna dla nich, ale nie mogła, nie umiała. To kompletnie ją przerosło. Siorbnęła nosem. Bezradność i rozpacz odbierały jej zdolność mówienie i normalnego myślenia. Łzy płynęły jej po policzkach, rozmazując makijaż.
-Nie becz, głupia. - warknął Snape, podnosząc wzrok znad nieprzytomnej Eleny. Przez chwilę mierzyli się wzrokami i dziewczyna z zaskoczeniem zauważyła w jego oczach troskę i współczucie, lecz to szybko minęło. Snape znów otoczył się murem, a jego spojrzenie ponownie było zimne. Blaise oburzony zachowaniem nauczyciela burknął:
-Trochę szacunku.- przyciągnął dziewczynę mocniej do siebie. Jego nerwy były napięte jak struna i w każdej chwili mógł wybuchnąć. Ta sytuacja powoli go wykańczała. Victoria wtuliła twarz w pachnącą jego perfumami koszulę. Ledwo trzymała się na nogach.
-Chodź, kochanieńka. Przemęczona jesteś. - pani Pomfrey podeszła do dwójki nastolatków i opiekuńczo objęła ramieniem wykończoną dziewczynę. Zabini puścił ją i pozwolił, aby pielęgniarka odprowadziła blondynkę na szpitalne łóżko. Ta położyła się, okryła swoje oczy ramieniem i znieruchomiała. W międzyczasie Dumbledore i Snape skończyli się krzątać wokół nieprzytomnej Eleny. Byli bardzo poważni. Szeptając między sobą wyszli jak cienie z pomieszczenia. Blaise przysiadł na skraju łóżka, na którym leżała Victoria. Cisza gęstniała jak mgła. Blask Księżyca spozierał przez witrażowe okna Skrzydła Szpitalnego oświetlając sylwetki Dracona i Eleny, którzy wyglądali jak porcelanowe laleczki tonące pośród zielonkawej pościeli. Blaise spojrzał na blondynkę. Leżała na łóżku z rozsypanymi blond lokami na poduszce. Bladość twarzy nieco przerażała chłopaka, który przyzwyczaił się do rumianej twarzy dziewczyny, tych wesołych iskierek w jej oczach i tego pięknego uśmiechu, którym obdarzała go nacodzień. Teraz była widmem samej siebie.  Westchnął. Jego serce biło ciężko i miarowo. Zagryzł wargi aż do krwi, a w oczach pojawiły się łzy. Po raz pierwszy w życiu od czasu Wielkiej Bitwy o Hogwart Blaise zapłakał. Miał już dość tej beznadziejnej i patowej sytuacji. Tracił wszystkich, na których mu zależało: najpierw Draco, potem Elena, a Victoria wykańczała się nerwowo i fizycznie. Dotknął jej ręki. Chłodna. Wstrzymał oddech i zemdlał.
Następnego dnia:
Szkoła aż huczała od plotek i niepotrzebnych sensacji. Wszyscy wychylali maksymalnie szyje, aby zobaczyć co jest tego powodem. Przy stole Ślizgonów brakowało Blaise'a, Draco, Victorii i Eleny. Rozczarowany Harry obróćił się spowrotem ku swoim przyjaciołom i spuścił wzrok na resztki obiadu walające się po jego talerzu. Hermiona zauważyła smutek przyjaciela, ale nie skomentowała tego, pozostawiając go wraz z czarnymi myślami. Oczywiście Ron jak to on, obżerał się nóżkami kurczaka mlaskając i plaskając. Kasztanowłosa zmarszczyła nos ze zniesmaczenia i obrzydzenia. Nie zmienił się. Siedząca obok niej, rudowłosa Ginny również byłą nadąsana i spięta, bo Harry nie poświęcał jej tyle uwagi i czasu co kiedyś. Grzebała bo talerzu widelcem kompletnie ignorując Deana, który z przejęciem jej opowiadał o najnowszych trendach w quidditchu. Tuż obok niego czarnowłosy Neville utworzył piramidę z palców i ze skupieniem czytał książkę "Najniebezpieczniejsze i najrzadsze rośliny na świecie". Różdżkę włożoną miał za ucho podobnie jak jego dziewczyna, Luna Lovegood. Brwi ściągnięte w jedną linię, a usta zacisnął w cienką kreskę. Można powiedzieć, że największa fajtłapa Gryffindoru tuż po Wielkiej Bitwie nieźle się wyrobiła: wszędzie gdzie by nie szedł, dziewczyny się za nim oglądały.
-Harry...- tu Hermiona kopnęła chłopaka w nogę i skinęła głową w kierunku wejścia. Po chwili wszyscy umilkli. W przejściu stał Malfoy, ale wyglądał jak nie on: bardzo blady, ledwo stojący na nogach i wychudzony. Włosy stały mu w nieładzie, ale nie takim jak kiedyś. Ogólnie przedstawiał obraz nędzy.
-Drrrrracuuuuś! - od strony stołu rozległ się głośny okrzyk. Uczniowie popatrzyli się na biegnącą w kierunku blondyna Astorię, która miała jak zwykle wysokie obcasy i ledwo się na nich trzymała.
-Szykuje się niezła afera.- szepnął Fred do swojego brata, George'a stykając się niemal głową z nim przez co ich włosy tworzyły teraz płomień ognia. Ten tylko przytaknął z szerokim uśmiechem na twarzy obserwując to widowisko. Blondyna dobiegła (jeśli można tak wogóle o tym powiedzieć) do chłopaka i rzuciła mu się w ramiona niemal strącając go z nóg. Draco znieruchomiał i nie objął dziewczyny, która "dramatycznie" szlochała w rękaw jego szkolnej szaty. Z tego co zrozumiał to, że tęskniła i cieszy się, że nic mu nie jest. Uniósł brew. Nie podobało mu się taka adoracja ze strony Astorii. Odepchnął ją od siebie na tyle ile mu siły pozwoliły. Astorii rozmazał się makijaż na twarzy przez co wyglądała jeszcze bardziej żałośnie niż zwykle. Wywrócił oczami z poirytowania.
-Mówiłem Ci coś, Greengrass. Między nami wszystko skończone. Wracaj tam skąd przyszłaś i nie zawracaj mi gitary. - syknął ochryple i natychmiast zakaszlał. Rozejrzał się po Wielkiej Sali. Szczególną uwagę przykuły puste miejsca Eleny, Diabła i Victorii. Zawahał się czy podejść do stołu, choć Astoria usilnie go ciągnęła w tamtym kierunku. Reszta sali widząć totalną kompromitację blondynki ryknęła śmiechem przyciągając tym uwagę siedzących przy stole nauczycielskim nauczycielów.
-Puść mnie wariatko.- warknął,wyrywając rękę z jej uścisku przez co dziewczyna wyrżnęła tyłkiem na zimną podłogę. Zrobiła minę pokrzywdzonej dziewczynki i rozpłakała się. To tylko jeszcze bardziej rozbawiło pozostałych uczniów. Niektórzy nawet płakali ze śmiechu.
-Żałosne...- mruknął chłopak i wybiegł czym prędzej z Wielkiej Sali.

niedziela, 2 lutego 2014

Life Is Full Of Surprices.

-...chyba Cię kocham.-
Słowa zamarły w powietrzu wisząc nad nami jak jakieś fatum. Nie wiem, czy mnie usłyszał, ale mam nadzieję, że tak. Ścisnęłam mocniej jego dłoń.  Chłodna poświata Księżyca oświetlała nasze sylwetki. Włosy Ślizgona stały się niemal białe z blond połyskami. Z moich oczu popłynęły łzy. Nie powinnam zostawiać go samego z Fredem.
-Do zobaczenia jutro. - szepnęłam i złożyłam mu wilgotny pocałunek na jego czole. Wstałam i z bólem serca opuściłam Skrzydło Szpitalne. Nie miałam siły na to, aby przesiedzieć przy nim całą noc.  Po wyjściu ze szpitala zaczęłam się włóczyć po szkole bez celu. I tak bym nie mogła zasnąć wiedząc, że Draco leży w szpitalu walcząc o życie. Moje sumienie zostało tym obciążone. Ściągnęłam niewygodne szpilki. Uff, co za ulga. Usiadłam na jakimś murku, podkulając nogi pod brodę. Nie zwracałam uwagi na dotkliwe zimno dotykające moje bose stopy. Otarłam wierzchem dłoni moje zmęczone i opuchnięte oczy. Resztki tuszu zostały mi na ręce. Oparłam się głową i mur i przymknęłam oczy. To była ciężka noc. Ciężko westchnęłam , a po policzku znów potoczyła się samotna łza. Zadrżałam, bo chłód aż bił od zimnych murów szkolnych. Było mi zimno, źle, beznadziejnie, smutno. Wyprostowałam nogi. Lodowate, przenikliwe zimno mroziło mnie aż do szpiku kości. Schowałam twarz w dłoniach i rozpłakałam się równie bezradna jak dziecko.
********
-Wiesz może gdzie jest Elena? Szukałam jej cały wieczór, ale po tym jak Fred mi powiedział, że wyszła nigdzie jej nie mogłam znaleźć. - Victoria udeptywała dywan w Pokoju Wspólnym Slytherinu chodząc tam i spowrotem. Przebrana była już w zwyczajne sprane dżinsy i luźną bawełnianą koszulkę. Zmyła makijaż i związała włosy w luźną kitkę. Siedzący na kanapie Blaise popijał Ognistą Whiskey zamyślony. Jego najlepszy przyjaciel leżał w szpitalu, a on nie wiedział jak mu pomóc. W dodatku Elena gdzieś zniknęła...
-Ugh! - jęknęła bezradna Victoria, przeczesując palcami swoje włosy. Nie umiała zasnąć, gdy jej przyjaciółka być może znajdowała się w niebezpieczeństwie.
-A może tak by jej poszukać po zamku? Napewno gdzieś jest. - Blaise odstawił szklankę na stolik i wstał. Na sobie w dalszym ciągu miał rozpiętą do połowy białą koszulę, rozwiązaną muchę i wymięte w niewielkim stopniu spodnie.
-Masz rację. Ja nie wiem co tutaj jeszcze robię. Jestem zupełnie nieogarnięta. - blondynka wyciągnęła różdżkę ze spodni i wybiegła z pomieszczenia.
-Vic, czekaj! - zawołał chłopak i pobiegł tuż za nią. Po ich wyjściu, z cienia kolumny wyszła Pansy i Milicenta. Ta pierwsza uśmiechała się triumfalnie.
-Nasza kochana Elenka zaginęła. Cóż za tragedia...- skomentowała czarnowłosa pogardliwie. Potężnie zbudowana Milicenta wygięła usta w uśmiechu, choć to przypominało raczej grymas niż uśmiech.
-A co z Draco? - spytała chrapliwie Bulstrode, patrząc na Parkinsonównę. Ta nie od razu odpowiedziała. Przytknęła palec wskazujący do warg. Zawsze to robiła, gdy nad czymś intensywnie myślała.
-Jeszcze będzie mój, choć o tym jeszcze nie wie. Poza tym jego kuzynka, Charlotte zawsze mnie lubiła. Może by tak ją wezwać? - głośno zastanawiała się Pansy. Milicenta nie odezwała się. Doskonale wiedziała o kim jej przyjaciółka mówi. Charlotte Miller była najstarszą córką Richarda i Elizabeth Millerów, najbardziej wpływowych obok Malfoyów rodu czarodziejów i czarownic. Poza tym była nieziemsko piękna i żaden chłopak jej nie odmówił.
-A Astoria? Dobrze wiesz, że ona na niego leci. I nie przepuści żadnej dziewczynie, która z nim aktualnie przebywa. - starsza z dziewczyn usiadła w fotelu nieco podirytowana.
-Najlepiej jak napuścić Astorię na Elenę. Niech się pożrą nawzajem, a Draco zostanie sam. I wtedy do akcji wkroczę ja. Trzeba też jakoś skompromitować Gilbert w oczach Smoka, aż ten nie będzie chciał na nią spojrzeć. Tym akurat zajmiesz się ty. - odparła Pansy, wskazując palcem z ogromnym, różowym tipsem na Milicentę.
-Ja?! Czemu?! - oburzyła się szatynka, powstając z fotela.
-Bo obiecałaś mi pomóc. A poza tym mam coś, o czym chciałabyś zapomnieć. - Pansy uśmiechnęła się z triumfem w oczach. Milicenta zbladła. Dobrze wiedziała o czym ona mówiła.
-No już dobrze, dobrze. Co mam zrobić? - burknęła niezadowolona Ślizgonka patrząc spode łba na Pansy.
-Już ci mówię...- tu czarnowłosa zaczęła objaśniać swój diabelski plan pozbycia się Eleny z życia Draco...
*******
Victoria razem z Blaisem błądzili po niezliczonych hogwardzkich korytarzach z uniesionymi różdżkami, z których padało jasne światło. Póki co to nie znaleźli Eleny, a narazili się na przekleństwa ruchomych obrazów, które chciały spać. Stąpali cicho jakby bali się, że coś zaraz zbudzą. Po ponad godzinie poszukiwań dziewczyna chciała się poddać.
-To nie ma sensu. Zamek jest zbyt duży. Nie znajdziemy jej. - w jej głosie zabrzmiała rozpacz i zniechęcenie. Spuściła różdżkę.
-Ona gdzieś musi być. A może jest u Smoka? - zadał sobie samemu pytanie Zabini.
-Nie musicie mnie szukać. Jestem tu. - odezwałam się i wyszłam z ciemności. Victoria krzyknęła ze strachu i rzuciła się w ramiona Diabła. Ten zrobił oczy jak spodki jak mnie zobaczył. Uśmiechnęłam się blado. No tak, mój widok zapewne był upiorny.
-Jezu, Elena jak mnie przestraszyłaś. Myślałam, że coś ci się stało. I...jak ty wyglądasz?! - Victoria załamała ręce nad moim wyglądem: potargane włosy stały w nieładzie, potargane, jedwabne rękawiczki, bose, wychłodzone stopy, suknia jako tako się trzymająca i rozmazany makijaż na twarzy. Powinnam zagrać w sztuce "Upiór z opery". Blondynka podeszła do mnie i uściskała mnie mocno. Poczułam zapach jej ulubionych kwiatowych perfum.
-Myślałam...myśleliśmy, że coś ci się stało...- chwyciła mnie za ramiona i odsunęła się na ich długość, uważnie mnie otaksując spojrzeniem. Blaise stał z boku i w ciemności widziałam jak się uśmiecha z ulgą.
-I odpowiadając na twoje pytanie Diable: tak, byłam już u niego. - odgarnęłam kosmyk ciemnego pukla na bok. Ledwo się trzymałam na nogach i miałam wrażenie jakby cały świat wirował. Przytrzymałam się ściany.
-Elly, wszystko okej? - Victoria spojrzała na mnie zaniepokojona. Ja zdążyłam jedynie wydukać:
-Zawołaj...profesora ....Dumbledore'a....- i upadłam na podłogę, tracąc kontakt ze światem.
-ELENA! - Blaise podbiegł do upadającej dziewczyny i chwycił ją w swoje silne ramiona. -Leć do Dumbledore'a! - krzyknął do sparaliżowanej Victorii. Ta jedynie kiwnęła i szybko pobiegła.
-Elena, nie zamykaj oczu, Elena...- szeptał do niej pospiesznie. Ja jedynie uchyliłam usta, z których popłynęła jakaś mokra ciecz. Podejrzewam, że to krew. Blaise otarł mi usta dłonią. Ta ciemność była tak kusząca, że aż chciała  zamknąć oczy i się w niej pogrążyć. Powieki samoistnie mi opadały ulegając prawu grawitacji. Po chwili nie myślałam już nic. Z oczy wypłynęły samotne łzy.

czwartek, 30 stycznia 2014

Wrecking Ball.

Wiał lekki wiatr, strącając śnieg z drzew. Widok był bajeczny: zamaraznięte jezioro mieniło się wieloma odcieniami błękitnego, śnieg biały jak mleko iskrzył i skrzypiał, gdy tylko po nim szłam. Rzuciłam na siebie zaklęcie ogrzewające przez co nie było mi tak zimno. Cisza wokół mnie dawała mi chwilę wytchnienia od gwarnej Wielkiej Sali. Wyjęłam wsuwkę z włosów, które opadły mi lokami na plecy. Przynajmniej głowa mnie już tak nie bolała.  Zapatrzyłam się w ten mieniący się śnieg. Co było ze mną nie tak, że chłopacy tracili dla mnie głowy i bili się? Przygryzłam wargę w zamyśleniu. Wróciłam myślami do chwili, gdy Katherine umierała....
RETROSPEKCJA:
Rok wcześniej, Mystic Falls.
Upiłam łyk burbonu. Alkohol zapiekł mi w gardle, ale nie zwróciłam na to uwagi. Odkąd zostałam wampirem alkohole i wszelkie trunki towarzyszyły mi na każdym kroku. W końcu nie po to zostałam dziewczyną Damona, aby być z nim jak jakaś abstynentka. Właśnie siedziałam na kanapie w salonie rezydencji Salvatore'ów, która od niedawna była także i moim domem. Przytknęłam chłodną szklaneczkę do skroni. Nie ma to jak upijanie się w samotności. No, nie licząc leżącej w sypialni Stefana Katherine, ale jej dni są już policzone. Drzwi frontowe trzasnęły i do pomieszczenia wszedł Damon.
-I co? Jeszcze żyje? - spytał mnie, stanąwszy tuż przede mną.
-Tak, śpi. - odpowiedziałam machinalnie, upijając jeszcze jeden łyk trunku. Czasami nie rozumiałam jego braku empatii dla innych ludzi. Może nie do końca co do Katherine, bo zraniła go, zabawiła się jego uczuciami, ale to w końcu moja przodkini. Próbowała mnie zabić dwa razy i za każdym razem jej się to nie udawało. Przełknęłam ciecz. Wstałam. Ruszyłam wzdłuż korytarza na schody, aby udać się do sypialni mojego byłego chłopaka i poważnie porozmawiać z Katherine.
-Gdzie idziesz? - usłyszałam pytanie wampira. Obróciłam się. Stał pośrodku salonu i wpatrywał się we mnie zdziwiony.
-Porozmawiać z Katherine.- odparłam i odeszłam. Szybko weszłam po schodach i skierowałam się do ostatniego pokoju na prawo. Przystanęłam przed drzwiami i wzięłam głęboki wdech. Od czasu naszego ostatniego spotkania wtedy w czerwcu, nie rozmawiałyśmy ze sobą. Wyrzuty sumienia wróciły do mnie z całą siłą. Przygryzłam wargę. Może nie powinnam? Odwróciłam się, chcąc odejść.
-Co ja robię...-mruknęłam do siebie i pchnęłam drzwi. Cicho zaskrzypiały. Weszłam do środka. Pokój tonął w półmroku, a pomieszczenie pozawalane było ciężkimi, drewnianymi meblami, starymi książkami i innymi bibelotami. Okna pozasuwane ciemnozielonymi kotarami dodawały pokojowi tajemniczości i klimatu. W kącie pokoju stało duże łóżko zaścielone szarą kołdrą. Zrobiłam kilka kroków w przód. Na posłaniu leżała osłabiona Katherine. Sprawiała wrażenie jeszcze mniejszej i kruchej. Ale to tylko pozory. Stanęłam przed ramą łóżka. Mogłam dostrzeć srebrne nitki w jej włosach oraz delikatne zmarszczki wokół oczu i ust. Miała przymknięte oczy, a klatka piersiowa niezauważalnie opadała i unosiła się. Ogarnęła mnie fala współczucia do niej. Musiał być to dla niej wstrząs, że jej uroda przemija, a ona sama przechodzi do historii. Na szyi widniała blizna po ukąszeniu jej przez Silasa.
-Nie musisz mnie tak badawczo obserwować. Wiem, że jestem piękna i zajebista, ale bez przesady.- Katherine nie otwierając oczu, uśmiechnęła się perfidnie. No tak, masochistyczna pewność siebie.
-Nie pochlebiaj sobie.- odparłam sucho, przysiadając na skraj posłania.
-Czego chcesz? - wychrypiała, otwierając ociężale powieki. Przełknęłam ślinę.
-Porozmawiać.-odpowiedziałam, czując jak mi serce przyspiesza.
-Nie mamy o czym. To przez Ciebie jestem w takim stanie i ty powinnaś mnie uratować. -Petrova wzięła głęboki wdech jakby nie mogła wziąć oddechu. Spuściłam głowę na swoje dłonie.
-Wiem. Ale sama musisz przyznać, że zasłużyłaś na to.- przeczesałam włosy palcami. Katherine wygięła usta w przerażającym uśmiechu.
-Niby z jakiej racji? To ty powinnaś być na moim miejscu. To ty ukradłaś moje szczęście. To przez Ciebie Damon mnie nienawidzi! - krzyknęła, zaciskając dłonie na pościeli.
-Na Ciebie już chyba czas, Eleno. - usłyszałam męski głos za sobą i obróciłam się gwałtownie. W progu stał Stefan z założonymi rękami. Wstałam i bez słowa wyszłam.

***********
Cała ta rozmowa stanęła mi przed oczami. Może Katherine miała rację? Może nie zasługiwałam na miłość Damona i Stefana? Wyczarowałam białą chusteczkę i otarłam zwilgotniałe oczy. Może wogóle nie powinnam poznać oby braci? Zgarbiłam się jeszcze bardziej.  Dobrze, że chociaż w Hogwarcie dzięki nawałowi nauki mogłam oderwać ponure myśli od szarej rzeczywistości.
-Elena! Elena! - siorbnęłam nosem i odwróciłam się.  W moją stronę biegł spanikowany Blaise. Wstałam szybko, a serce stanęło mi w gardle. Coś musiało się stać...I to coś niedobrego. Chłopak zatrzymał się tuż przy mnie, ledwo łapiąc dech.
-Co się stało? - spytałam, chwytając go mocno za przedramiona. Chłopak jakby pobladł.
-Draco...- zaczął, ale mi to wystarczyło. Chwyciłam suknię w górę i szybkim (o ile mi to pozwalał strój i śnieg) biegiem udałam się w kierunku zamku. W mojej głowie świtała tylko jedna myśl: oby nic mu się nie stało, oby nic mu się nie stało...Wpadłam do zamku i nadal biegnąc mijałam przerażonych i wystraszonych uczniów. Serce tłukło mi się niemiłosiernie.
-Elena. Tu jesteś.- ktoś chwycił mnie mocno za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Uderzył we mnie mocny zapach wody kolońskiej i burbonu. To mogła być tylko jedna osoba: Damon. Chciałam się wyszarpnąć z jego uścisku, ale to nie przyniosło skutku. Zaczęłam walić pięściami w jego klatkę piersiową.
-Zostaw.Mnie! - krzyknęłam ze złością. Wampir trzymał mnie mocno i pewnie. Moment potem uścisk zelżał niespodziewanie. Otworzyłam zaciśnięte wcześniej oczy. Damon leżał nieprzytomny pod ścianą, a nad nim stał Stefan.
-Jeszcze raz się do niej zbliżysz to popamiętasz. - szepnął groźnym szeptem młodszy Salvatore. Dotknęłam ramienia Stefana.
-Już. Chodź. Nie ma sensu na niego tracić siły czy czasu. - zwróciłam się cicho do niego i wplotłam swoją dłoń w jego. Delikatnie uścisnął ją. Mieliśmy już odejść, gdy w naszym kierunku biegła prof.McGonagall.
-Co tu się dzieje?! I dlaczego profesor Scotish jest nieprzytomny?! - krzyknęła wzburzona, patrząc na bezwładne ciało Damona. Podeszła do niego i wyciągnęła różdżkę.
-Aquamenti.- wypowiedziała zaklęcie. Trysnęła woda, oblewając twarz i włosy czarnowłosego. Ten ocknął się gwałtownie i prawie by się rzucił na Stefana, gdyby nie reakcja potężnie zbudowanego, odzianego w fiołkowo-niebieskie szaty czarnoskórego mężczyzny. Wystraszyłam się. W takim szale Damon nie był już od bardzo dawna. Kły wystawały z jego ust w całej okazałości, a kropelki śliny płynęły mu z jamy ustnej. Oczy zabarwiły się na czerwono i czarno. Młodszy z braci Salvatore objął mnie opiekuńczo ramieniem.
-Nic Ci nie zrobi. - pocałował mnie w czubek głowy, a ja nieco się uspokoiłam. Szok jeszcze nie minął, więc wtuliłam się w ciepłe ramiona chłopaka. On jako jedyny był dla mnie podporą.  - Lepiej chodźmy, bo zbierają się gapie. - mruknął mi do ucha i wyprowadził mnie po schodach na jakiś pusty korytarz, abym odetchnęła. Przysiadłam na jakimś murku i ukryłam twarz w dłoniach. Gdyby nie ja, do tej sytuacji by nie doszło...
-Nie zamartwiaj się. To nie twoja wina, że Damon jest tym kim jest. - wampir usiadł na zimnej posadzce, opierając się plecami i tyłem głowy o ścianę.
-Po co on mnie tu szukał? Czego ode mnie chce? Nie wystarczyło mu, że zwyzywał mnie od dziwek? - w moich oczach zaszkliły się łzy, które spłynęły mi po policzkach. Czułam się tak beznadziejnie w tym momencie. Wszystko straciło sens.
-Znasz Damona. Jak na czymś mu cholernie zależy to musi to zdobyć. Choćby za wszelką cenę. - ani jeden mięsień nie drgnął w twarzy Stefana, gdy  to mówił. Odkryłam twarz. Mój były chłopak miał rację. Jego brat nigdy się nie zmieni. Otarłam łzy rękawiczką.
-Draco...- nagle uprzytomniłam sobie, że chłopak pewnie leży w Skrzydle Szpitalnym, a ja nawet do niego nie zajrzałam. Nie patrząc nawet w stronę siedzącego chłopaka, zbiegłam po schodach i szybkim krokiem udałam się do królestwa pani Pomfrey. Nie spotkałam nikogo po drodze, co mnie nieco zdziwiło.
-Elena? Czy nie powinnaś być o tej porze w swoim dormitorium? - zatrzymałam się. Ostrożnie odwróciłam głowę, niemal zderzając się z nieznajomym głową. Okazało się, że to był Theodor.
-O, hej Theo.- wygięłam usta w udawanym uśmiechu, aby chłopak nie poznał, że coś jest nie tak. Uśmiechnął się zawiadiacko. Jego roztrzepane ciemnoblond włosy dodawały mu uroku, a uśmiech igrał mu się na pełnych ustach. Koszula od smokingu była rozpięta do połowy ukazując wysportowany tors. Do tego eleganckie, czarne spodnie i lakierki.
-Przepraszam, że Cię tak zaczepiam, ale słyszałaś już o Malfoyu? - spytał mnie, a wesołe ogniki w jego oczach jakby przygasły.
-Tak. - wydusiłam odwracając wzrok, patrząc z "zainteresowaniem" na kamienne gargulce w kształcie sów.
-Tak naprawdę niewiadomo kto rąbnął go tym zaklęciem, ale wyglądało to potwornie. - skrzywił się, a cień bólu przemknął mu przez twarz.
-Nie mów mi nawet o tym. - odparłam, zatykając usta dłonią. Najchętniej bym rozszarpała tego kto to zrobił. Draco, mój Draco....
-Idziesz do niego? Bo właściwie to ja też...- mruknął Theodor, spuszczając wzrok na swoje błyszczące buty.
-Wiesz, chciałabym iść sama...-wyznałam szczerze, nie patrząc mu w oczy.
-Dlaczego? - mogłam się spodziewać tego pytania. Uniosłam hardo głowę.
-Bo tak! - unioswszy suknię, obróciłam się o 180 stopni i odeszłam. Popchnęłam stare, drewniane drzwi i weszłam do środka. W pomieszczeniu panowała cisza. Mrożąca krew w żyłach cisza. Poprzez okna wpadało światło Księżyca oświetlając szpitalne łóżka. W szpitalu unosił się zapach leków oraz eliksirów. Zrobiłam kilka kroków w przód, a suknie zaszeleściła cicho. Na jednym z przesadnie czystych łóżek leżał Draco. Głowę miał owiniętą bandażem, jego mlecznobiała - teraz trupiobiała cera niemal zlewała się z bielą poduszki. Jedyna rzecz, która go wyróżniała to sine usta. Serce mi zamarło, a oddech przyspieszył. Łzy zamazały mi obraz i wolnym krokiem skierowałam się w stronę łóżka. Chłopak spał. Wyglądał tak spokojnie.  Przysiadłam się na brzegu posłania i dotknęłam jego dłoni. Zimnej dłoni. Bladoniebieskie żyły widoczne były na jego rękach.
-O mój Boże...To wszystko moja wina...To nie powinno się stać...-załkałam i ukryłam twarz w kołdrze, nadal trzymając chłopaka za rękę. Po chwili spojrzałam znów na zimną jak lód twarz Dracona. To co miałam teraz powiedzieć, było najszczerszą rzeczą w moim dotychczasowym życiu:
-Ja.....-


wtorek, 28 stycznia 2014

Surprices.

Wyszłyśmy z pomieszczenia. Zeszłyśmy po schodach i stanęłyśmy w salonie. Obróceni do nas tyłem Blaise i Draco gorączkowo o czymś rozprawiali:
-Ciekawe z kim ona idzie na bal...Jak ostatnio rozmawialiśmy nikogo nie miała...-
-Smoku, co cię nagle Elena obchodzi? Mówisz, że ci nie zależy, ale taka prawda, że jest wręcz przeciwnie.- Blaise cmoknął głośno, wiedząc, że pokonał przyjaciela w potyczce słownej.
-Nieprawda! Niezależy mi...- zaprzeczył głośno Malfoy, choć sam nie wiedział co mówi.
-Zaprzeczasz sam sobie...- Blaise uniósł dłonie w górę. Nie miał już siły do Smoka. Nawet ślepy by widział, że ciągnie go do uroczej brunetki.
-Wątpię. - odezwałam się głośno, na co chłopacy wzdrygnęli się i obrócili ku nam. Wewnątrz moja bogini aż tańczyła z radości na wieść, że Draconowi jednak zależy na mnie, ale widząc go we własnej osobie nieco markotniała.
-Długo tu już jesteście? - bąknął Blaise, robiąc oczy jak spodki. Delikatnie się zarumieniłam pod ich spojrzeniami. Patrzyli się na nas jak na ósme cudy świata. Zwłaszcza Draco. Chyba zaczynał żałować, że mnie nie zaprosił.
-Wystarczająco długo, aby dowiedzieć się paru rzeczy. - odparłam zjadliwie w dalszym ciągu nie odrywając wzroku od blondyna. Poprawiłam jedwabny szal na moich ramionach i podeszłam bliżej chłopaków. - I przy okazji: tak, ktoś mnie zaprosił. - minęłam ich i wyszłam przejściem do salonu. Odetchnęłam. Najcięższa część już za mną. Rozejrzałam się po korytarzu. Stefana ani śladu.
-"Pewnie będzie czekał przed Wielką Salą." - pomyślałam i wzruszyłam ramionami, udając się po schodach do góry. Stukot obcasów odbijał się od ścian tworząc echo. Z oddali słychać już było dudniącą muzykę. Skrzywiłam się. Pewnie będzie jakaś muza z wiejskich remiz. Pospiesznym krokiem udałam się pod Salę, gdzie stał już dość spory tłum ludzi. W tym tłumie zdążyłam wypatrzeć Harry'ego ubranego w elegancki smoking stojący pod rękę z ciemnoskórą dziewczyną, bodajże Parvati. Obok niego stał Ron z kwaśną miną. Zasłoniłam usta, aby się nie roześmiać, bowiem Rudzielec na sobie miał coś na kształt smokingu, ale takiego tradycyjnego, pełnego falbanek. Chłopak rzucał ponure spojrzenia każdemu kto się na niego popatrzył. Współczułam jego partnerce, siostrze bliźniaczce Parvati, Padmie, która stała z grymasem na twarzy. Spojrzałam w stronę Hermiony. Nie przypominała tej kujonicy co nacodzień: kasztanowe włosy upięte w klasyczny kok, z którego wypadły kosmyki włosów, do tego delikatny makijaż i piękna różowa suknia. Każdy chłopak się za nią oglądał. Stanęłam z boku. U szczytu schodów stali nauczyciele i przyglądali nam się z uśmiechami na twarzach. No, oprócz Snape'a, który stał z boku i patrzył się z ponurą miną. Obok niego stał...mój Boże, aż dech mi zaparło. Damon prezentował się niezwykle elegancko w smokingu, a jego błękitne oczy błyszczały jak jeszcze nigdy przedtem. Kruczoczarne włosy opadały mu zawiadiacko na czoło czyniąc go jeszcze bardziej seksownym. Serce zabiło mi mocniej w piersi. Poczułam jak goracy rumieniec oblewa moją twarz. Odwróciłam głowę, aby nie zobaczył, że się na niego patrzę.
"Give me love like her. 'Cause lately I've been waking up alone. Paint splattered tear drops on my shirt. Told you I'd let them go and that I'll fight my corner. Maybe tonight I'll call ya after my blood turns into alcohol. No, I just wanna holda ya..."
Przełknęłam ślinę. Zaczęło się. Ludzie zaczęli się zbierać w pary. Draco z Astorią stanęli z przodu. Chłopak odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy. Na jego ustach igrał się ironiczny uśmieszek. Skrzywiłam się. Dźwięki piosenki łagodnie unosiły się w powietrzu powodując jeszcze bardziej świąteczny klimat. Gdzież się podziewał do cholery Stefan?! Ja jak to ja stałam na końcu sama. Vic spojrzała na mnie współczująco. Ciekawe co też sobie o mnie myślała...Wolałam nie wiedzieć. Wyszłam na kompletną idiotkę. Stojąc tak nie zauważyłam jak ktoś podłożył mi swoje ramię, abym je chwyciła. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na twarz mojego towarzysza. Zamiast spodziewanego Stefana, ujrzałam Damona. Uśmiechał się do mnie w bezczelny, ale i seksowny sposób. Nie miałam wyjścia, podałam mu swoją dłoń.
"Give a little time to me or burn this out. We'll play hide and seek to turn this around. And all I want is the taste that your lips allow."
Ruszyliśmy za poprzednimi parami. Starałam się nie patrzeć w kierunku czarnowłosego. Nie wiem co on zrobił, że się Stefan nie pojawił, ale już ja się z nim rozliczę. Rytmicznym krokiem weszliśmy na salę, w której jak się okazało stali przedstawiciele innych szkół magicznych oraz członkowie rodzin niektórych uczniów. Wyłapałam sponad tłumu rude czupryny państwa Weasleyów. Poczułam mocny uścisk na moim ramieniu.
-Nie musisz w tak dosadny sposób chwalić się, że pozbyłeś się konkurencji. - syknęłam do niego jak tylko się do niego zbliżyłam podczas tańca. Unieśliśmy ręce i obróciliśmy się.
-Nie wiem o czym mówisz.- wymruczał chłopak patrząc na mnie łakomie.
-Wiem,że to ty stoisz za zniknięciem Stefana. I nie próbuj się nawet wymigać, bo i tak Ci się to nie uda.- odwarknęłam mu, wracając do poprzedniej pozycji. Tuż obok nas mignęli Blaise i Victoria. Damon chwycił mnie pewnie w talii i przyciągnął do siebie.
-Należysz do mnie i tylko do mnie. - szepnął mi do ucha, niemal muskając wargami płatek mego ucha. Zadrżałam i odwróciłam wzrok. Draco w tym samym momencie skrzyżował spojrzenie razem z moim. Serce stanęło mi w miejscu, a po chwili biło szybszym tempem. Gdy tylko Smok się na mnie patrzył robiło mi się potwornie gorąco tak jak teraz. Blondyn tańczył z Astorią, która robiła maślane oczy do niego.
-Boże, co za żenada...-mruknęłam do siebie zniesmaczona. Jak można się tak poniżać? Zwłaszcza jak wszyscy to widzą. Odwróciłam natychmiast głowę, aby nie patrzyć na to pośmiewisko.
Draco kręcił się razem z Astorią płynnie po parkiecie. Był niezłym tancerzem, a dziewczyna - raczej miernotą. Nie zwracał uwagi na to co do niego mówi, bo był skoncentrowany tylko na jednym: widoku Eleny z profesorem Scotishem. Brunetka rozmawiała o czymś z nauczycielem, który nie mógł oderwać od niej wzroku.  Doskonale wiedział, że mężczyzna nie jest tym kimś za kogo się podawał. Był bowiem byłym narzeczonym Eleny, co jeszcze bardziej powodowało ataki wściekłości u Malfoya. Zacisnął dłoń na biodrze Greengrass, aby w coś nie przywalić. Emocje, które się w nim kumulowały chciały się wydostać, a najlepiej wybuchnąć. Wdech, wydech...Nie mógł po prostu tak podejść do niego i przywalić, bo cały Hogwart miałby uciechę do końca roku szkolnego, a blondyn nie mógł sobie pozwolić na zhańbienie rodu Malfoyów oraz własnego honoru. Ale ta dziewczyna powodowała w nim takie odruchy, o których chłopak dawno zapomniał. Odwrócił wzrok, aby nie męczyć się już tym widokiem i skupił się na słodkim paplaniu Astorii o najnowszej kolekcji mody czarodziejskiej dla pań i panów. No ileż można tego słuchać? Po chwili piosenka się skończyła i Draco opuścił blondynę. Usiadł na jednym z krzeseł stojących pod ścianą.  Niedobrze mu było od widoku migdalących się par.
Gdy muzyka się skończyła, podziękowałam grzecznie Damonowi i zeszłam z parkietu. Nie lubiłam tańczyć, miałam już tak od dziecka i nic na to nie mogłam poradzić.  Wychyliłam się nieco, aby dojrzeć czy nie doszedł Stefan, ale niestety rozczarowałam się. Nigdzie go nie było. Uniosłam nieco suknię i jakoś przepchałam się przez tłum Gryfonów oblegających stolik z alkoholami.
-Elly! - ktoś zawołał za mną , więc się obróciłam. Biegła ku mnie rozemocjonowana i rozgrzana Victoria. Rumieńce na jej policzkach świadczyły o tym, że nieźle musiała wywijać na parkiecie razem z Blaisem. Fryzura nieco się zniszczyła, więc kok wisiał jej teraz przy szyi. -Chodź się z nami bawić! - pociągnęła mnie za rękę, wyciągając w kierunku parkietu. Pokręciłam głową i stawiłam opór.
-Nigdzie nie idę.- oznajmiłam jej stanowczo, przekrzykując głośną muzykę jak tylko się dało. Blondynka przekrzywiła głowę i zrobiła minę 'smutnego szczeniaczka'.
-Jesteśmy tu po to, aby się dobrze bawić. - w tym momencie gwizdnęła i przy jej boku pojawił się jeden z nierozłącznego duo bliźniaków Weasley.
-Fred, zaprowadź tą panią grzecznie na parkiet. I ma się dobrze bawić! - dodała, wyciągając palec ostrzegawczo. Chłopak tym się nie przejął tylko uśmiechnął się głupkowato. Victoria ostatni raz zerknęła na nas i odeszła w kierunku Blaise'a, który opowiadał dowcipy grupce Ślizgonów. Skrzyżowałam dłonie na piersiach. Staliśmy obok siebie z Fredem nie wiedząc od czego zacząć.
-Więc...zatańczysz? - zaproponował Rudzielec, wyciągając dłoń ku mnie. Zawahałam się.
-Ona tańczy ze mną. - rozległ się zimny głos za mną, a Fred zrobił marsową minę. Nie musiałam się nawet odwracać, aby zobaczyć właściciela głosu. Draco stanął tuż obok mnie i objął w talii. Czując chłodną dłoń chłopaka, uczucie spokoju owładnęło moim ciałem.
-O tym zadecyduje Elena. - warknął Fred, a w jego czekoladowych oczach pojawiły się gniewne ogniki.
-A ja nie pozwolę, aby się do niej zbliżał inny mężczyzna niż ja. - oczy Dracona pociemniały z zimnej furii. Stanął przede mną i zrównał się z Weasleyem.
-Ona nie jest twoją właśnością, Malfoy. - syknął z pogardą Fred. Nigdy nie widziałam go w takim wydaniu. Na codzień dowcipkował wraz ze swoim bratem i wyrządzał psikusy Filchowi, który potem ich ganiał po całej szkole. A tu proszę...
-Ani Twoją.- uśmiechnął się zimno arystokrata, głaszcząc swoją różdżkę.
-Ugh, przestańcie. Straciłam ochotę na wszelką zabawę. Idę do dormitorium. Dobranoc. - odrzekłam zmęczonym i poirytowanym głosem. Przeszłam między nimi i szybko wyszłam z Sali. Nie miałam zamiaru brać udziału w tej dzieciniadzie. Owinęłam się szczelniej szalem i popchnęłam ciężkie, dębowe drzwi. Owionęło mnie zimne powietrze. Wyszłam na zewnątrz. Suknia zaszeleściła cicho, gdy szłam po śniegu. Było potwornie zimno, ale nie zwracałam na to uwagi. Musiałam ochłonąć. Dotarłam na błonia hogwardzkie. Podążyłam w kierunku kamiennej ławeczki. Otrzepałam ją ze śniegu i usiadłam. Odetchnęłam. Świeże, lodowate powietrze otrzeźwiło mnie. Uniosłam głowę i spojrzałam w świecącą tarczę Księżyca. Przymknęłam powieki i oddałam się marzeniom.
Tymczasem w Wielkiej Sali:
-Skoro z Ciebie taki kozak, to chodź walczyć. - warknął prowokująco Fred, zakasując rękawy. Malfoy wykrzywił się z obrzydzenia. Ten Rudzielec był żałosny...
-Skoro tak. To śmiało. Wal. - rozłożył ramiona blondyn. Uczniowie stanęli wokół nich. Zapadła cisza, a muzyka przestała grać. Weasley wyciągnął różdżkę z kieszeni szaty. To samo zrobił Malfoy. Adrenalina buzowała mu w żyłach,a  krew uderzała do głowy. Ścisnął mocniej różdżkę.
-Drętwota! - rzucił zaklęcie Fred, a biały promień wybił się z jego drewienka. Arystokrata z łatwością je odbił. I tak zaczęli się wymieniać zaklęciami i klątwami. Draco był wyuczony jako jeden ze Śmierciożerców do walki, więc potyczka z jednym z Weasleyów nie sprawiała mu zbytnich kłopotów. Jednej rzeczy nie mógł przewidzieć.
-Petrificus Totalus! - nie zdążył się obronić, osłonić, bo raził go oślepiający blask i odleciał na parę metrów. Zderzył się ze ścianą i stracił przytomność. Z kącika jego ust popłynęła mu krew, a głowa się przekrzywiła się na ramię.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Give Me Last Dance.

Draco biegł z półprzytomną Elenę w ramionach przez korytarz. W myślach modlił sie, aby nie straciła całkiem przytomności. Co chwilę sprawdzał, czy aby nie zamykała powiek spowrotem. Serce tłukło mu się w piersi jak oszalałe. Miał wrażenie jakby miało zaraz wyskoczyć mu z piersi. A Elena leżąca w jego ramionach była taka lekka...Nie nazbyt lekka? Kolejne stopnie przybliżały go do lochów. Szybko podał hasło, a kamienna płyta zaczęła się otwierać. Draco jednak nie chciał czekać, aż się cała otworzy, tylko przepchał się i już znajdował się w salonie. Ignorując zaskoczone spojrzenia Blaise'a i Victorii, położył nieprzytomną dziewczynę na kanapę. Odgarnął z jej czoła zabłąkane kosmyki włosów. Wyglądała tak pięknie...Przypominała porcelanową laleczkę, którą w każdej chwili można zbić.
-Co się jej stało?! - rozległ się okrzyk za jego plecami i po chwili przy brunetce klęczała jej blondwłosa przyjaciółka. Głaskała ją po włosach, potem z przerażeniem patrzyła na jej sylwetkę, aż na końcu rozpłakała się znów.
-Zabierz ją stąd.- mruknął Draco do przyjaciela, który obserwował to ze zmartwieniem. Diabeł podszedł do szlochającej Victorii i coś szepnął jej do ucha. Ta jedynie kiwnęła głową i nadal chlipiąc dała się wyprowadzić z Pokoju Wspólnego. Blondyn usiadł obok Eleny i chwycił ją za rękę. Czuł miękkość jej małej dłoni, aksamit skóry...Wpatrzył się w nią zamyślony. Pamiętał nadal o ich pocałunku w Hogsmeade. Wiedział, że nie powinien pozwolić jej się zbliżyć do siebie. Od dawna tak miał. Tworzył mur oddzielający go od innych, nikt nie mógł go rozbić. Nawet tak mądra czarownica jaką bez wątpienia była Hermiona Granger. Jedyną osobą, która tak naprawdę go znała był Blaise. Znali się jak przysłowiowe dwa "łyse konie". Draco znał tajemnice Diabła i na odwrót. Pochylił głowę i ucałował wierzch dłoni dziewczyny. Nie przeszkadzało mu to, że była kimś kompletnie innym od niego. To go właśnie w niej zafascynowało. Różna od innych. Może powinien pozwolić jej rozbić ten mur i odkryć tego prawdziwego 'ja'? Westchnął cicho, głaszcząc delikatnie jej lśniące włosy.
******
Czułam jak powoli wraca mi władza we wszystkich członkach mego ciała. Pod spodem wyczułam coś miękkiego. Poruszyłam się.
-Nie wstawaj. Za słaba jesteś.- usłyszałam cichy szept dochodzący z mojej prawej strony. Otworzyłam niemrawo oczy i zmrużyłam je. Przy mnie siedział Malfoy. Ale coś się zmieniło. Widok wyostrzył mi się i zauważyłam, że coś go wyraźnie gryzie. Ignorując jego polecenie, podniosłam się do pozycji siedzącej. Zawroty głowy uprzytomniły mi w jakiej sytuacji się znalazłam.  Dotknęłam jego ramienia. Chłopak niewidocznie zadrżał.
-Coś się stało? - spytałam, patrząc mu prosto w oczy. Te stalowoszare oczy przepełnione niewysłowionym bólem i cierpieniem. Spuścił wzrok na swoje dłonie. Coś go wyraźnie dręczyło, tylko co? Usiadłam wygodnie obok niego. Draco ukrył swoją twarz w dłoniach.
-D-draco? - jego milczenie tylko coraz bardziej mnie niepokoiło. Chłopak uniósł znó głowę i rzekł:
-Przepraszam. Za to co powiedziałem i wogóle. To przeze mnie znalazłaś się w takim stanie czego sobie nie mogę wybaczyć. A poza tym...nie mogę o jednym zapomnieć. Nasz pocałunek...-ostatnią kwestię niemal wyszeptał. Dobrze, że nikogo nie było w tym czasie w salonie. A więc o to chodziło...
-Miałeś prawo poczuć się urażony...ale nie wiem dlaczego tak zareagowałeś. Jesteś zazdrosny? - spytałam go, mając nadzieję na to, że tak. Chłopak chwycił moją rękę, przez którą przeszła zaskakująco miła iskra.
-Elena...-zaczął. Ja oczekująco patrzyłam się na niego, a serce biło mi sto razy szybciej niż normalnie. Emocje siedzące we mnie wariowały raz po raz. Nigdy się tak nie czułam. Motylki w moim brzuchu latały jak szalone. Ten sposób w jaki wymawiał moje imię...
-Tak? - opanowałam drżenie głosu.  Draco założył kosmyk moich włosów za ucho.
-Eleno, od chwili gdy Cię poznałem, wiedziałem, że połączy nas coś specjalnego, coś czego nie umiem ci teraz wyjaśnić. Potem to wszystko...- zaczął się plątać w wyjaśnieniach. -...to wszystko zaczęło się dziać tak szybko. Myślałem, że lecisz na Blaise'a tego dnia, gdy odbyła się impreza, a potem ta twoja ucieczka...Zastanawiałem się, co ja takiego złego ci zrobiłem. Victoria zaraz potem po Ciebie poszła, a gdy wróciła powiedziała, że śpisz. Ja wtedy straciłem chęć na imprezowanie i poszłem do swojego dormitorium. Ja...sam nie wiem co się ze mną dzieje. Gdy Cię widzę z jakimś innym kolesiem, nie umiem się opanować...- tu rozłożył bezradnie ręce. Wyglądał teraz jak małe, pokrzywdzone dziecko. Ja przetrawiałam jego słowa w milczeniu.  Draco był po prostu zazdrosny.
-Możesz liczyć tylko i wyłącznie na moją przyjaźń, nic więcej. Przepraszam, ale nie jestem jeszcze gotowa na nowy związek.- wstałam i odprowadzana ciszą, udałam się do dziewczeńskiego dormitorium. Idąc, minęłam schodzącego z góry Blaise'a. Ten uniósł brew, ja na to uniosłam dłoń w geście 'porozmawiamy jutro'.  Kiwnął głową i zszedł na dół. Westchnęłam. Czy to wszystko musiało być takie trudne? Doszłam do drzwi z tabliczką: "P.Parkinson, A.Greengrass, V.Collins, E.Gilbert". Popchnęłam je i weszłam do środka. Na jednym z łóżek leżała drobna postać o blond lokach rozsypanych wokół jej twarzy. Opuchnięte powieki i czerwone policzki pokazywały jak bardzo dziewczyna musiała płakać. Usiadłam obok niej i wpatrzyłam się w nią. Była mi najbliższą osobą w Hogwarcie (oczywiście obok Harry'ego i Diabła) i nie mogłam pozwolić na to, aby cierpiała. Pogłaskałam ją po głowie. Jej miękkie loki przyjemnie gilgotały mnie w dłoń. Dziewczyna spała, najwyraźniej Zabini podał jej Eliksir Słodkiego Snu.  Uśmiechnęłam się do siebie. Tych dwoje najwidoczniej ciągnęło ku sobie. Wstałam i już miałam wyjść z pokoju, gdy usłyszałam jak za drzwiami ktoś ze sobą rozmawia:
-Jesteś pewna, że to zadziałało?-
-Na bank, widziałaś ją zresztą. Myśli, że jak owinie sobie Draco wokół palca to zdobędzie przychylność czystokrwistych. Pff.-
-A nie przesadziłaś czasem? Jak ją zobaczyłam to myślałam, że ją zabiłaś.-
Te ostatnie słowa mnie zabolały. A więc tak...Pansy i nie znana mi z głosu dziewczyna chciały się mnie pozbyć, bo Draco się mną interesuje? Ciekawe, nie powiem. Jeszcze pożałują, że ze mną zadarły...
*******
Minął październik i listopad. Bal Bożonarodzeniowy nadchodził wielkimi krokami i wszędzie można było już wyczuć atmosferę oczekiwania i podniecenia. Dziewczyny zbierały się w grupy i polowały na co przystojniejszych chłopaków. Na to wszystko patrzyłam z ponurym przygnębieniem. Nie obchodził mnie ten bal i tak pewnie nie pójdę. Nie mam z kim. Stałam właśnie przy klasie eliksirów z podręcznikiem w ręce, bo na lekcji miałam mieć sprawdzian o najgroźniejszych eliksirach, gdy podbiegła do mnie w podskokach Victoria.
-Nie uwierzysz, ale Blaise zaprosił mnie na bal! Rozumiesz to?! - dziewczyna omal nie eksplodowała z tego szczęścia. Ja na to uniosłam tylko brwi i wróciłam do jakże pasjonującej lektury o Eliksirze Wywracajacego Wnętrzności Na Zewnątrz. Victoria nie dała za wygraną.
-Tak, wiem. Już chyba każdy Ślizgon wie, że Diabeł cię zaprosił. A teraz..pozwolisz? - tu kiwnęłam jej książką. Dziewczyna wyglądała na niepocieszoną.
-A co z Tobą i Draco? - spytała ściszonym głosem, bo przeszły obok nas Pansy i Astoria. Wzruszyłam ramionami. Od naszej ostatniej rozmowy minęło już trochę czasu i jakoś nie mogłam się przemóc, aby znów do niego zagadać. Mijaliśmy się na korytarzach i w pośpiechu mówiliśmy sobie 'cześć'. Brakowało mi naszych wspólnych chwil, gdzie szczerze mogliśmy sobie powiedzieć wszystko. Wiem, zraniłam go swoim wyznaniem, ale czy miałam inne wyjście? To, że nie byłam gotowa na nowy związek nie oznaczało przecież żadnego w przyszłości.
-Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. - burknęłam, zasłaniając się kurtyną własnych włosów.
-Nie zaprosił Cię...- stwierdziła Victoria, przeszywając mnie wzrokiem.
-Nie, nie zaprosił. Zadowolona?! - wybuchłam, przez co oczy innych uczniów przeniosły się na nas. Blondynka spojrzała na mnie zaskoczona i przestraszona. Cofnęła się.
-Okej, nie musisz tak wrzeszczeć...- odparła i z godnością odeszła, mijając po drodze Diabła i Smoka. Ten ostatni obrócił się, aby na nią spojrzeć i gwizdnął przeciągle.
-Co tu się stało? - spytał mnie, gdy podeszli bliżej. Ja nie miałam ochoty odpowiadać na to pytanie, więc go zignorowałam i pogrążyłam się w lekturze podręcznika. Ów przedmiot został mi momentalnie zabrany przez Zabiniego, który z racji tego, że był wyższy, wykorzystał to.
-Oddaj mi to, Zabini. - syknęłam i sięgnęłam ręką po książkę. Ten jednak z perfidnym uśmieszkiem wyciągnął rękę wyżej poza mój zasięg.
-Radzę ci jej nie prowokować, Blaise. - skomentował poczynania swojego przyjaciela Malfoy, trzymający się na uboczu.
-Niby czemu? Przecież to nasza mała, słodka Elenka. - poszerzył uśmiech czarnoskóry. Wywróciłam oczy do góry z poirytowania. Jak on mnie czasami wkurzał...
-Chcecie wiedzieć o co poszło? To powiem wam: NIKT mnie nie zaprosił na bal, a Vic miała czelność pogorszyć mój humor swoimi przechwałkami. Zadowoleni? - warknęłam i wyrwałam książkę z rąk zaskoczonego Diabła. Odwróciłam się i odeszłam od osłupiałych Ślizgonów. Jedynie co zdołałam usłyszeć to:
-Ty jej jeszcze nie zaprosiłeś? Masz...- tu wypowiedź Diabła została zagłuszona przez gadaninę pozostałych uczniów. Przez całą lekcję eliksirów nie mogłam się skupić na tym co piszę, bo wyraźnie czułam na swoich plecach palący wzrok Malfoya. O nie, nie dam mu się sprowokować. Naskrobałam coś jeszcze po pergaminie i oddałam go profesorowi Snape'owi. Wzięłam torbę, spakowałam pióro, kałamarz i wybiegłam niemal z sali, aby nie natknąć się na blondyna. Przez moje myśli przebiegały tysiące, jeśli nie miliony potwornych pomysłów.  Usiadłam na kamiennej ławce przed Wielką Salą i oparłam głowę o zimny mur, który ostudził nieco moje rozgrzane zapędy. Uspokój się Eleno...Powtarzałam te słowa jak mantrę, aż całkowicie się uspokoiłam. Po kilkunastu minutach na korytarz wyszli uczniowie i zrobiło się znów głośno i gwarno. Postanowiłam poczekać na Victorię i przeprosić ją za moje wcześniejsze zachowanie.  Wśród tłumu uczniów nie mogłam jej jednak dostrzec. Kilka osób przywitało się ze mną, ja uprzejmie im odpowiedziałam.
-Cześć.- podniosłam głowę i ujrzałam uśmiechającego się Harry'ego stojącego nade mną. Odwzajemniłam uśmiech i ustąpiłam mu miejsca na ławeczce. Przysiadł się do mnie.
-Cześć. Jak ci poszedł sprawdzian z eliksirów? - spytałam go, ściskając torbę w moich dłoniach, które aż mi się spociły.
-Hm, myślę, że całkiem nieźle. Sporo się uczyłem z Hermioną, więc chyba mogę być spokojny, chociaż miałem problem z eliksirem powodującym długotrwałą agonię. Nie jestem pewien czy aby tam był korzeń asfodelusa czy nie. - tu zmarszczył brwi, zastanawiając się. Ja na to uniosłam brew.
-Dobra, koniec z eliksirami. Teraz mamy przerwę obiadową, więc...mogę się do was przysiąść? - to pytanie wyszło mi z ust całkiem spontanicznie. Harry wyraźnie się ożywił.
-No pewnie! - odparł, wstając i podając mi dłoń. Chwyciłam ją.
Z sali eliksirów wychodzili właśnie Draco i Blaise, gdy to się stało. Blondyn jeszcze bardziej spochmurniał, a z oczu ciskały mu błyskawice.
-Grzmotter i Elena? Czy ja o czymś nie wiem? - usłyszał pytanie Diabła, który był tak samo zdziwiony jak Malfoy, tyle, że nie strzelał furią gdzie popadnie. Draco szybko się opanował i na jego twarzy znów zagościł ironiczny uśmieszek. Ruszył prosto przed siebie, rozpierzchając młodszych uczniów. Weszli oboje do Wielkiej Sali i rozejrzeli się. Przy stołach poszczególnych domów siedziało już sporo ludzi. Niektórzy stali i śmiali się z żartów kolegów, a niektórzy tacy jak Gryfoni siedzieli przy stole i jedli obiad. Wśród nich była i Elena. Jej długie, czekoladowe włosy falowały przy każdym ruchu jej głowy. Zaśmiałam się. Ci bliźniacy, Fred i George byli przekomiczni.
-Elena, może mi się zdawać, ale Malfoy od dłuższego czasu się na Ciebie gapi. - odchrząknął Harry i wskazał podbródkiem w stronę wejścia. Obróciłam się tak samo jak i pozostali. Rzeczywiście, w przejściu stał Malfoy i jego nieodłączny przyjaciel, Blaise. Blondyn wpatrywał się we mnie z wyraźną furią i wściekłością, a dłonie zaciskał w pięści. Aż biło od niego złością i niezrozumianą przeze mnie zazdrością. Przechodzący obok niego ludzie patrzyli na niego zdziwieni i mijali go.
-Wściekły jest. - zauważył inteligentnie Ron, zajadając się kurczakiem i sałatką z czerwonej kapusty.
-Inteligentny jesteś. - zauważyłam z ironią i wstałam od gryfońskiego stołu. Zarzuciłam włosami i ruszyłam pewnym krokiem ku wściekłemu Draconowi i półuśmiechniętemu Diabłowi. Stanęłam tuż przed nimi.
-Możesz przestać się take gapić?! Mam wrażenie jakbyś chciał kogoś zabić! - syknęłam do wzburzonego arystokraty. Ten jednak spojrzał na mnie z pogardą.
-Nic Ci do tego. - burknął i odszedł w kierunku stołu Ślizgonów. Usiadł między Pansy i Astorią, co zaowocowało irytującym piskiem obu dziewczyn. Niedobrze mi się zrobiło na ten widok. Blaise również wyglądał jakby miał zwymiotować.
-Nie przejmuj się nim. Minie mu. Chyba za bardzo się na Ciebie nakręcił. - mrugnął do mnie okiem. Popatrzyłam na niego z dezaprobatą. Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo dołączyła do nas Vic.
-Hejka wam. Jak leci? - uśmiechnęła się promiennie. Chyba mi wybaczyła, ale i tak musze ją przeprosić. Odwróciłam głowę w inną stronę, aby nie zobaczyła mojego wyrazu twarzy. Nie powiem, zabolało mnie to jak Draco dał się tak ściskać przez dwie naczelne siksy mojego domu. - No nie...ten to chyba przebił szczyt kretynizmu swego. -  skomentowała Vic, patrząc z obrzydzeniem w stronę Malfoya i dwóch dziewczyn naprzykrzających mu się.
-Ale nie widzę, aby był z tego zadowolony. - zauważył przytomnie Blaise, krzyżując ręce na torsie.
-Nie chce mi się na to patrzeć. - powiedziałam tylko i szybko wybiegłam z Sali, aby nie patrzeć na nich. To zbyt mnie bolało. Czułam jak łzy toczą się łagodnym strumykiem po moich policzkach. Otarłam je pospiesznie. O nie, nie będzie mnie tak traktował. Już ja mu pokażę....
W tym samym czasie:
-Widziałeś to? Chyba jej zależy na nim...- rzekła Victoria, patrząc w stronę wyjścia, gdzie wybiegła Elena. Blaise objął ją łagodnie ramieniem.
-Trzeba coś zrobić, żeby się jakoś znów zbliżyli do siebie.- odparł Diabeł z zamyślonym wyrazem twarzy.
-Bal ku temu jest dobrą okazją. - klasnęła w dłonie blondynka i zarzuciła ramiona za szyję chłopaka. Ten uśmiechnął się iście diabelsko.
-Dobrze kombinujesz, mała. - i ucałował ją w czubek głowy.
*******
Biegłam wzdłuż korytarzy ze łzami w oczach. Czemu mi tak cholernie na nim zależało? Nawet nie wiedząc kiedy dotarłam do dormitorium i rzuciłam się na łóżko z płaczem. Łzy leciały mi ciurkiem, a ja nie potrafiłam i nie chciałam ich powstrzymać.  Chciałam być sama. Tak jak codziennie od sześciu miesięcy. Moje serce znów zostało przełamane.
-El? - drzwi się uchyliły i skrzypnęły, a w nich pojawiła się zmartwiona twarz mojej przyjaciółki. Otarłam oczy i wygięłam usta w wymuszonym uśmiechu.
-Tak? - uniosłam się na łokciach i spojrzałam w niebieskie oczy Victorii. Ta usiadła obok mnie.
-Nie udawaj, że wszystko jest okej, bo nie jest. Ja to widzę. - rzekła Vic ściszonym głosem. Spuściłam wzrok i nic nie powiedziałam. Bo niby co miałam powiedzieć? Że jestem zazdrosna o Dracona, który nawet nie jest moim chłopakiem?  Zaczęłam obgryzać paznokcie. Chwyciła mnie za dłonie i oderwała je od moich ust.
-Nie obgryzaj. Za tydzień jest bal. Znajdziemy ci kogoś i Draco będzie gorzko żałował, że cię nie zaprosił. - poklepała mnie pocieszająco po dłoni.
-Oby. Nie mam zamiaru sama iść na ten cholerny bal. - dodałam z kwaśną miną.
*******
Minął tydzień, a Hogwart został pięknie przystrojony świątecznymi ozdobami. W Wielkiej Sali stoły zniknęły, a w zamian pojawiły się dwie duże choinki przyozdobione bombkami i innymi świecidełkami. Dziewczęta biegały po szkole całe rozemocjonowane, a chłopacy zbijali się w grupy, aby uniknąć ataku dziewczyn. Ja podchodziłam do tego z chłodnym rozsądkiem. Wystarczy, że patrzyłam na te puste idiotki, Lavender i Parvati jak się uganiały za chłopakami, chociaż miały już partnerów na bal. Ja najczęściej chodziłam mniej uczęszczanymi korytarzami. Nie podzielałam tego entuzjazmu, bo najzwyczajniej w świecie przestało mnie to bawić.  Może i byłam dziwna, ale taka już jestem. Bycie wampirem mnie zmieniło. Przestałam być tą samą słodką, niewinną dziewczyną, którą byłam przeszło 2 lata temu. Po szkole niosła się wieść, że mają przyjechać jacyś delegaci ze szkół magii i ktoś spoza. Tak szczerze nie obchodziło mnie to. Ważne było, żebym tylko przetrwała ten cholerny bal, a wszystko będzie okej. Victoria starała się dotrzymać towarzystwa, tak samo jak i Blaise, ale to nie ich potrzebowałam. Potrzebowałam pewnego zarozumiałego, artystokratycznego dupka. Ale ten świetnie się bawił w towarzystwie Astorii, którą jak słyszałam zaprosił na bal.  Unikałam jego towarzystwa, bo za bardzo mnie to bolało. Po kryjomu słuchałam mugolskiej muzyki na moim ipodzie, który sprytnie przeszmuglowałam na teren szkoły. Właśnie tak wędrowałam po opuszczonym korytarzu, słuchając Eda Sheerana "I See Fire", gdy ktoś stanął mi na drodze. Uniosłam głowę i zamarłam z zaskoczenia. Tej osoby się nie spodziewałam tu.
-Stefan...- wydusiłam. Chłopak stał przede mną z rękami w kieszeniach swoich ciemnych dżinsów. Nic się nie zmienił: te same, potargane ciemnoblond włosy i szmaragdowe oczy. Ta szczupła twarz, którą wielokrotnie dotykałam. Ściągnęłam słuchawki z uszu. Młodszy Salvatore nieśmiało się do mnie uśmiechał.
-Miło Cię widzieć, Eleno. - wyszeptał, podchodząc do mnie bliżej. Ja stałam w miejscu jak jakiś kołek i nie wiedziałam co powiedzieć. Kompletnie mnie zaskoczył.
-Jak...jak tu się dostałeś? - zdołałam jedynie wypalić bezmyślnie pytanie. Salvatore zaśmiał się cicho. Wyciągnął z tylniej kieszeni pomiętą kartkę.
-Caroline dostała zaproszenie na bal. Miała pojechać razem z Klausem, ale jako, że on nie mógł, więc mnie poprosiła. - wyjaśnił szczerze pokazując mi kawałek papieru. A więc Caroline jest tutaj również...Spuściłam głowę. Nie odpowiedziałam tylko wpatrzyłam się w sznurówki moich tenisówek. Nie zauważyłam jak chłopak jeszcze bardziej się do mnie zbliżył. Chwycił mnie delikatnie za podbródek i uniósł go. Tak czy inaczej musiałam na niego spojrzeć. W te przepełnione tęsknotą i nadzieją zielone oczy. Zupełnie jak Harry'ego...
-Wiem również, że nie masz z kim iść na bal. Co jak co, ale ty zawsze byłaś oblegana przez chłopaków. Co się zmieniło? - szepnął. Jego ciepły oddech z nutką whiskey owionął moją twarz przez co zadrżałam. Tak bardzo brakowało mi jego bliskości... Dotknęłam jego nadgarstka.
-Bardzo wiele.-odpowiedziałam w podobnym stylu i nachyliłam się jeszcze bardziej przez co nasze usta się zetknęły. To było iskrą zapalącą spóźniony samozapłon. Nasze język rozpoczęły szaleńczy taniec, a usta co chwila się stykały. Stefan całował mnie coraz bardziej namiętniej, aż popchnął mnie na mur. Wczepiłam palce w jego miękkie włosy i przyciągnęłam jeszcze bliżej o ile było to możliwe. Młodszy Salvatore zszedł ustami na moją szyję, a ja co chwila wydawałam z siebie różnorakie dźwięki. Czułam się coraz bardziej zrelaksowana. Zapominałam o całym bożym świecie. W ramionach Stefana zawsze mogłam liczyć na zrozumienie i pomoc. W tej chwili poczułam dłonie Stefana pod moją bluzką. To nieco mnie ocudziło.
-Stefan....stop.- odsunęłam jego dłonie od siebie. Poprawiłam ubranie i pogładziłam włosy. Wampir posłusznie się odsunął. Miał wymięte ubranie i jeszcze bardziej potargane włosy. Usta rozchylone i przyspieszony oddech, a w oczach obłęd.
-To znaczy, że zgadzasz się ze mną pójść na bal? - spytał po chwili milczenia, gdy nasze oddechy się już uspokoiły. Spojrzałam na niego.
-Tak. - sama nie wiem co we mnie wstąpiło: czy byłam tak zdesperowana, aby złapać jakiegokolwiek partnera czy przez sentyment do Stefana? Przygryzłam wargę.
-To dobrze. Do zobaczenia za 3 godziny. - musnął moje czoło wargami i już go nie było. Samoistnie uśmiechnęłam się do siebie. Obecność Stefana bardzo dobrze mi robiła.  Skręciłam właśnie w korytarz prowadzący do lochów, gdy nagle jak spod ziemi wyrósł mi Damon. Oczywiście ubrany w swoją nieśmiertelną czerń. W świetle Księżyca jego włosy połyskiwały jak skrzydło kruka, a twarz przybrała mlecznobiały odcień. Miał skrzyżowane ręce na torsie i wpatrywał się we mnie wzrokiem zawodowego zabójcy.
-Czego znowu? - mruknęłam, stojąc w podobnej pozycji. Miałam już serdecznie dość nachodzenia mnie i pouczania co jest dla mnie najlepsze.
-Wybierasz się na bal ze Stefanem.- warknął Damon co zabrzmiało bardziej jako stwierdzenie niż pytanie.
-A co ci do tego? - sama zaczęłam się zastanawiać dlaczego nasze stosunki aż tak się popsuły. Wcześniej jak go poznałam był zarozumiałym dupkiem zabijającym dla przyjemności. Teraz również był dupkiem, ale nie zabijającym.
-A to, że z nim nie pójdziesz. - oznajmił mi jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Wywróciłam oczami z poirytowania. W wampirzym tempie przygwoździłam go do ściany. Chwyciłam za gardło.
-Nigdy.Nie.Będziesz.Mi.Mówił.Co.Mam.Robić. Jasne?! - syknęłam, akcentując każde słowo z osobna. Nie zdążył mi odpowiedzieć, bo w takiej niedwuznacznej pozycji zastali nas Astoria i Draco. Obróciłam głowę ku Ślizgonom. Dziewczyna straciła pewność siebie i wpatrywała się we mnie z obawą. Za to Draco patrzył z trudno tłumioną zazdrością i złością. Puściłam Damona, a ten upadł na podłogę.
-Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. - dodałam zimno i odwróciłam się. Minęłam parę Ślizgonów obdarzając ich jadowitym spojrzeniem. Nie obchodziło mnie teraz to, że Malfoy widział mnie z Damonem. To nie jego sprawa. Usłyszałam kroki za sobą. Przyspieszyłam. Nie miałam ochoty użerać się z kolejną osobą tego wieczoru.
-Zaczekaj! - ktoś krzyknął, ale ja już zbiegałam po schodach ku lochom. Wbiegłam do Pokoju Wspólnego i tupocząc po schodach znalazłam się w dormitorium. Wewnątrz siedziała tylko Victoria poprawiająca swój makijaż. Wyglądała olśniewająco. Ubrana była w błękitną suknię z gorsetem wyszywanym srebrnymi nitkami, a dół układał się luźno. Do tego jedwabne, białe rękawiczki. Włosy upięte miała w luźny, artystyczny kok tak, że kosmyki włosów opadały swobodnie wokół jej drobnej twarzyczki.
-No gdzieś ty się podziewała?! Szukam cię już od godziny! A Ciebie nigdzie nie ma! Siadaj! - zawołała i popchnęła mnie na krzesełko do toaletki. Nie miałam wyjścia jak jej usłuchać. Zamknęłam oczy i oddałam się w jej ręce.
Tyczasem:
-Ty chyba pogłupiałeś?!  Elena i Scotish?! Musiało ci się przywidzieć. - potrząsnął głową z niedowierzaniem Blaise poprawiając krawat. Wyglądał niezwykle elegancko, tak samo jak pewien niesamowicie przystojny blondyn.
-Sam wiem co widziałem. -burknął Malfoy, przytupując nogą. Diabeł spojrzał na niego pobłażliwie.
-Tak to jest jak się nie zaprosi dziewczyny swoich marzeń. - uśmiechnął się i obrócił ku zdenerwowanemu przyjacielowi.
-Nieprawda! - zaprzeczył zbyt szybko Draco, wychodząc z pokoju.
-Nie, wcale...- dodał, ale ciszej Blaise i również podążył za Smokiem.
****
-Gotowe! - Victoria stanęła za mną przyglądając się mi z zadowoleniem. A miała prawo być zadowolona: moje proste niegdyś włosy zostały zgarnięte na lewy bok i podkręcone, usta muśnięte czerwoną pomadką, rzęsy pomalowane, a suknia....Zapierała dech w piersiach. Bez ramiączek, gorset wyszywany cekinami i czarnym materiałem, a dół lał się ku podłodze, materiał błyszczał się i mienił.
-Jejciu...-zdołałam jedynie wydusić z siebie.
-Mam nadzieję, że się podoba....- blondynka spuściła wzrok i zarumieniła się. Uściskałam ją serdecznie.
-Ja kocham to! - zawołałam.
-No to czas na bal.- oznajmiła i obydwie opuściłyśmy pomieszczenie.