Impreza miała się rozpocząć już za 20 minut. Pozostali Ślizgoni powoli schodzili się do salonu, w którym wszelkie zbędne meble znikły. Ukryłam się za jakimś filarem i obserwowałam jak ludzie śmieją się i nalewają sobie różnych napojów. Nigdzie jednak nie widziałam Malfoya. Rozczarowana przeniosłam wzrok na dwie dziewczyny stojące w towarzystwie dwóch rosłych osiłków. Jedna z nich - blondynka, przykuła moją uwagę. Włosy lekko falujące opadały jej na plecy. Nie była zbyt mocno wymalowana przez co ukazywała swoją naturalną urodę. W porównaniu do niej, czarnowłosa prezentowała się wręcz wulgarnie: długie, różowe tipsy, wyprostowane za pomocą magii włosy, które sięgały jej niemal do tyłka i ogniście czerwona sukienka ledwo przykrywająca jej wdzięki. Sama jej osoba powodowała u mnie odruch wymiotny. Blondynka miała na sobie błękitną, rozszerzaną u dołu sukienkę. Wyglądała jak morska nimfa. Przy niej mogłam blaknąć.
-A co tu taka śliczna dziewczyna jak ty stoi sama? - usłyszałam głos zza moich pleców. Wzdrygnęłam się nieznacznie. Obróciłam się. No tak, tego można się było spodziewać. Jeszcze impreza nie rozkręciła się na dobre, a już byłam zagadywana przez nieznanego mi chłopaka.
-Teodor Nott. Miło mi. - wziął moją dłoń i ucałował w jej wierzch. Z zaskoczenia odebrało mi mowę. Ślizgoni i gentlemaństwo? Kto by pomyślał?
-Elena Gilbert. - przedstawiłam się nieco za sucho. Otaksowałam Ślizgona spojrzeniem. Wyższy ode mnie, mysie włosy i szaroniebieskie oczy potęgowały wrażenie, że Teodor jest kujonem. Zdecydownie nie mój typ. Obróciłam się do niego bokiem i w dalszym ciągu obserowałam jak ludzie się bawią. Muzyka dudniła, niektórzy wyszli na parkiet i zaczęli tańczyć. Zmoczyłam usta w Ognistej Whisky. Spostrzegłam, że Victoria nieźle się bawi w towarzystwie Blaise'a. W tej samej chwili chłopak objął ją i szeptał coś do ucha, przez co blondynka zachichotała. Na sobie miała błyszczącą, zieloną sukienkę do pół uda. Włosy spięła w niedbały kok, z którego wypływały kosmyki włosów. Nieźle dziś wyglądała. Stojąc tak pod ścianą, nie zauważyłam, że Malfoy to samo zrobił, tyle że z naprzeciwka. Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Chłopak zamarł widząc mnie. Jego ręka znieruchomiała w połowie drogi. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Lubiłam robić wrażenie na chłopakach. Odstawiłam szklankę na kontuar i seksownym krokiem skierowałam się na środek parkietu. Zrobiłam to w idealnym momencie, bo puszczono "Waiting All Night" Rudimental. Od razu zrobiło się tłoczniej. Niektórzy odważniejsi powchodzili na stoły i tańczyli jak szaleni. Nie wiem skąd znalazła się butelka wódki w mojej ręce, ale tańczyłam wraz z nią (popijając co jakiś czas) ruszając biodrami. Śpiewom i tańcom nie było końca. Już rozumiałam dlaczego Ślizgoni byli nazywani "najbardziej hulaszczymi imprezowiczami" w Hogwarcie. Po półgodzinie trzymałam pusta flaszkę. Alkohol buzował w mojej krwi wyzwalając we mnie wampirze instynkty. Cholera, przecież nic nie zjadłam! Stojąc pośrodku parkietu, popychana przez innych ludzi, myślałam jak tu kogoś zwabić. W zasięgu wzroku spostrzegłam małą dziewczynkę w okularach. Uśmiechnęłam się szatańsko i potrącana po drodze przez innych dobrze się bawiących, dotarłam do niej. Wyczułam, że jest nieco przerażona. Dotknęłam delikatnie jej ramienia. Poskoczyła i krzyknęła ze strachu. Nikt jej jednak nie usłyszał, bo muzyka wszystko zagłuszała i jej krzyk wtopił się w hałas. Uniosła swoje zatrwożone oczy.
-B-bo j-ja...- zaczęła się jąkać. Wywróciłam oczami. Nie miałam czasu na ceregiele. Spojrzałam jej prosto w oczy.
-Teraz pójdziesz ze mną do dormitorium, dasz mi swoją krew, nic cię nie zaboli i zapomnisz potem o tym, jasne? - zauroczyłam ją. Ta kiwnęła nieprzytomna głową i z łatwością dała się zaprowadzić do mojego pokoju. Po drodze mijałyśmy grupki ludzi, którzy nawet nie spodziewali się co z nią zrobię i tylko patrzyli ze zrozumieniem na mnie. Weszłyśmy po schodkach i po chwili znajdowałyśmy się już w pomieszczeniu. Zamknęłam drzwi na klucz. Właśnie teraz łamałam jedną z zasad, którą obiecałam Damonowi: nie picie krwi z człowieka. Odpechnęłam myśli o nim na samo dno mojego mózgu. Podeszłam wolnym krokiem do dziewczynki, chwyciłam ja za ramiona. Czułam jak na mojej twarzy powstają drobne żyłki i jak kły wysuwają mi się. Wbiłam się w jej szyję. Gorąca i mokra krew lała się strumieniem przez gardło. Z każdym jej łykiem czułam się pełniejsza, mocniejsza. W pewnym momencie dziewczynka stała się wiotka w moich ramionach, więc musiałam przestać. Oderwałam się od niej i wytarłam wierzchem dłoni moje wargi z krwi. Pozwoliłam jej odejść od razu czyszcząc jej pamięć. Zerknęłam w lustro. Idealna jestem. Wargi wykrzywiły się w fałszywym usmiechu. Nic nie pozostało z tamtej dziewczyny, którą niegdyś byłam. I pomyśleć, że tak zapragnęłam być wampirem. Z tymi jakże optymistycznymi myślami wyszłam spowrotem na imprezę. Balanga trwała w najlepsze. Pijani Ślizgoni kiwali się w rytm muzyki, albo siedzili na kanapach obściskując się w najlepsze. Zdegustowana minęłam ich i usiadłam w fotelu. Moja samotność nie trwała długo, gdyż przysiadł się do mnie Draco.
-Widzę, że się nie bawisz. Coś się stało? - zwrócił się do mnie możliwie jak najgłośniej, abym usłyszała. Nie musiał tego robić. Jako wampir miałam znakomicie wyostrzony słuch.
-Nic się nie stało. Po prostu się nudzę. - stwierdziłam jak najbardziej zobojętniałym tonem głosu, aby go zniechęcić do siebie. Chłopak jednak nie dawał za wygraną. Powstał z miejsca i wyciągnął szarmancko dłoń w moją stronę.
-Madame, czy mogę porwać Panią do tańca? - w tej samej chwili z głośników popłynęły łagodne dźwięki "My Heart Will Go On". Chwyciłam jego dłoń i weszliśmy na parkiet, dostarczając plotkarzom niezłej pożywki. Niektóre "fanki" Malfoya zerkały na mnie z nieukrytą nienawiścią. Chłopak objął mnie delikatnie w pasie. Serce zatrzepotało radośnie. Ostrożnie położyłam dłoń na jego ramieniu i zaczęliśmy tańczyć w rytm muzyki. Od zawsze uwielbiałam tą piosenkę, wzruszała mnie. Ponadto zdziwiłam się, gdyż pochodziła ona z mugolskiego filmu "Titanic". Popatrzyliśmy sobie w oczy. Cały świat przestał istnieć. Byliśmy tylko my. Ja i on. Krok w tył, krok w przód. Ludzie przesunęli się i obserwowali nasz taniec. Choć trochę wytchnienia. Emocje aż zdawały się krążyć nad nami. Malfoy jest świetnym tancerzem, muszę to przyznać. Obrót. I spowrotem znalazłam się w jego ramionach. Jego zapach perfum porażał mnie do cna. Przestraszyłam się. Cofnęłam się do tyłu. Blondyn spojrzał na mnie zdezorientowany.
-Lepiej będzie jak już pójdę. Dobranoc. - wydusiłam z siebie i czym prędzej pobiegłam do sypialni, zostawiając chłopaka z natłokiem myśli. Drzwi otwarły się z hukiem, a ja sama rzuciłam się na łóżko, chowając twarz w dłoniach. To co się wydarzyło, nie powinno się stać. Kompletnie rozstrzęsiona udałam się do łazienki, gdzie umyłam się jako tako i przebrałam w piżamę. Rozpuściłam włosy i pozwoliłam im opaść na moje plecy. Czas iść spać. Jutro dzień pełen wrażeń. Wspięłam się po drabince i połozyłam na łóżku. Przykryłam kołdrą i usiłowałam zasnąć. Jednak na siłę nie mogłam. Przed moimi oczyma pojawiał się i znikał Damon, Stefan i Kol. Tyle wydarzyło się w moim zasranym życiu pełnym bólu i cierpienia. I tak na zawsze. Przeszłość ciągnęła się za mną jak nienakarmiony kot. Niedługo jeszcze pewnie zacznę gadać do siebie,a to ponoć oznaka szaleństwa. Układałam poduszkę na wszelkie sposoby, lecz tylko tym wzmorzyłam niepokój.
-Ugh.- jęknęłam nieznacznie i ułożyłam się na wznak. Przymknęłam oczy. Usłyszałam jak ktoś otwiera drzwi. Do pomieszczenia wpadła wiązka światła.
-Elena? - czyjś szept zakłócił idealną ciszę. To była Victoria. Najwidoczniej uznała, że potrzebuję się komuś wyżalić. Udałam,że śpię. Nie potrzebuję się nikomu tłumaczyć z moich czynów. Blondynka jeszcze chwilę postała i zamknęła drzwi. Po jej wyjściu łzy popłynęły mi po policzkach. Po chwili ciche łkanie przemieniło się w ciche szlochanie.
niedziela, 17 listopada 2013
What You Gonna Do As You Catch Me?
Śliskie schody prowadziły do lodowato zimnych lochów. Odgłosy kroków odbijały się od ścian tworząc echo. Blaise prowadził mnie i Vic, opowiadając przy tym historię Ślizgonów oraz angedoty. Niezbyt go słuchałam, myśląc o tym jak minie mi ten rok szkolny z dala od rodziców. Chociaż, nie powinnam się nimi specjalnie przejmować, ponieważ oni nie zwracali uwagi na mnie i na moje potrzeby. Nawet nie wiedzieli, że mam chłopaka. A właściwie to narzeczonego. Teraz chciałam się znaleźć w dormitorium i pójść spać. Zapomnieć o tym wszystkim. Jednak musiałam jakoś przetrwać imprezę organizowaną przez Blaise'a. Doszliśmy do gładkiej, kamiennej ściany. Z naprzeciwka nadchodzili pierwszoroczni na czele z Malfoyem.
-Czysta krew. - blondyn wypowiedział hasło, nie zwracając na mnie uwagi ani na Vic i Blaise'a. Zachowywał się jak dzieciak. Ściana rozsunęła się, ukazując przejście do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Prefekt nie wypowiadając ani jednego słowa, przeszedł przez otwór, a za nim młodzi adepci magii, szeptając gorączkowo między sobą i przydeptując sobie nogi. Udaliśmy się za tą bandą do środka. Pierwsze co mnie urzekło to niezwykły kolor zieleni odgradzający się od czerni kamiennej posadzki. Wszystko aż ociekało bogactwem. Nad kominkiem wisiała plazma, a nad nią herb Slytherinu oraz tekst hymnu. Kanapa w kolorze szmaragdu oraz fotele stojące dookoła niej dopełniały całości. Pierwszoroczni rozeszli się i zrobiło się luźniej i ciszej. Z ulgą klapnęłam na kanapie, odgarniając włosy. Vicki pochodziła jeszcze po pomieszczeniu i usiadła obok mnie. Blaise gdzieś zniknął. Niedługo potem się wyjaśniło gdzie był. Chłopak przyszedł z dwiema karafkami płynu, przypominającego whisky. Co jak co, ale umiałam poznać się na alkoholu. I pomyśleć, że niecałe 3 lata temu byłam jeszcze normalną dziewczyną, bez problemów w typie 'wampir' lub 'bycie wampirem'. Miałam szczęśliwą, kochającą się rodzinę bez problemów i trosk. Aż przyszło zobojętnienie na wszystko i wszystkich. Diabeł nalał mi trochę do szklanki. Przyjęłam ją z wdzięcznością. Upiłam łyk. Trochę paliła w gardle, ale zignorowałam to. Przynajmniej whisky miała jedną zaletę: rozgrzewała. Tutaj, w lochach chłód bił po kątach.
-Czemu tutaj jest tak zimno? - spytałam Blaise'a, patrząc na szklankę z alkoholem w moich rękach.
-Po to, żebyś się głupio pytała. Nasze lochy znajdują się na dnie jeziora. - odpowiedział mi zimny jak lód głos. Do pomieszczenia wszedł Draco Malfoy w całej krasie. Zmienił normalne ubrania na szaty szkolne. Rzucił się całym ciałem na fotel i upił łyk prosto z gwinta.
-To co z tą imprezą? - zwrócił się do Blaise'a. Ten odpowiedział:
-O 20. - odłożył szklankę i przeprosiwszy nas uprzednio odszedł w stronę dormitorium dziewcząt. Vic znieruchomiała i gapiła się w punkt, w którym zniknął Diabeł. Kilka sekund później:
-DIAAAABLEEEEE! Ty szatański pomiocie!! Nie masz tam wstępu !! - pisnęła, przeskakując kanapę i niemal galopem pobiegła do dziewczeńskiego pokoju. Żeby nie zaśmiać się znowu, napiłam się trunku. Spod powiek patrzyłam na Malfoya, który zamyślony siedział w nonszalanckiej pozie ze szklanką w dłoni. Mijały minuty za minutą, a my nadal nie przerwaliśmy milczenia.
Tymczasem za filarem:
-Jak myślisz ile czasu nam zajmie na zeswatanie ich ze sobą? - szepnęła Vic do Blaise'a, który obserwował parę siedzącą przy kominku ze znaczącym uśmiechem.
-Obstawiam, że do końca tego semestru. - wyciągnął dłoń w stronę drobnej blondynki z cwaniackim uśmiechem na twarzy. Victoria zarumieniła się. Dobrze, że tutaj było ciemno i nie widział jej zawstydzenia na twarzy. Jej niebieskie oczy zaświeciły z podekscytowania.
-Dobra. - potrząsła jego dłonią i minęła go, kierując się w stronę Eleny i Smoka.
-Smoku, a ty nie powinieneś być na spotkaniu prefektów u McCnotki? - Vic usiadła jak gdyby nigdy nic obok swojej koleżanki. Malfoy przeniósł swój nieprzytomny wzrok na blondynkę.
-Aaa! Masz rację. Już idę. - poderwał się gwałtownie i minąwszy dziewczyny wyszedł z salonu przez otwór w kamiennej ścianie.
-Czasami mam wrażenie jakby żył w innym świecie. - zauważyła Victoria dolewając sobie alkoholu.
-A ja myślę, że to pojawienie się tak uroczej dziewczyny jak Elena wytrąciło go z równowagi. - Diabeł znienacka pocałował mnie w policzek i zasiadł jak król między nami. Rozłożył ramiona na oparciu kanapy i wyłożył nogi do przodu. Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc o co chodzi.
-Tylko nie mów, że nie wiesz o co chodzi. Smok opowiadał mi o tym jak się spotkaliście w Londynie. Duże wrażenie na nim wtedy zrobiłaś. - jego ciemnoczekoladowe tęczówki przeszywały mnie na wylot.
-A, o to chodzi...-westchnęłam. Nie miałam zbytnio czasu na rozpamiętywanie tego incydentu.
-Od tego czasu non stop o Tobie mówi. Nigdy nie widziałem go tak zaangażowanego. - nadal się na mnie patrzył, ale z takim jakby podziwem? Gdybym była człowiekiem, to już bym mogła smażyć jajka na moich policzkach. Dziwne ciepło oblało moje ciało. Mile połechtał mojego ego. Zegar stojący w rogu salonu wybił godzinę 17.
-To już tak późno? Musimy się przygotować na balangę. - jęknęła Victoria, która dotychczas nie zabierała głosu. Wstała i chwyciła mnie za rękę. Ja mimowolnie wstałam i udałam się z nią do naszego pokoju. Zdążyłam jeszcze usłyszeć:
-Zróbcie się na bóstwa! - zachichotałam. Collinsówna otworzyła drzwi, które cicho zaskrzypiały. Wewnątrz stały dwa piętrowe łóżka. Victoria usiadła na swoim.
-Niestety musimy dzielić ten pokój z Pansy i Astorią. - skrzywiła się i zaczęła grzebać w swoim kufrze w poszukiwaniu kosmetyczki. Nasze dormitorium tonęło w aksamitnej poświacie wody z jeziora, tworząc różne wzory na podłodze. Można było poczuć woń wodorostów i innych morskich roślin. Nigdy z niczym podobnym się nie spotkałam. Victoria zauważyła moje spojrzenie omiatające pomieszczenie.
-Wiem, smród jest tu straszliwy, ale musimy wytrzymać te 10 miesięcy. O jest! - ostatnią frazę niemal wykrzyknęła z nabożną czcią.
-Nie śmierdzi tu tak bardzo. A właściwie to czemu 'niestety"? - zadałam jej pytanie, dotykając sękatych poręczy łóżek. Blondynka bacznie mi sie przyjrzała.
-Ty nawet nie masz pojęcia jak się one potrafią zachować. Obie mają straszliwą chęć bycia ze Smokiem, no wiesz jak dziewczyna z chłopakiem. Ale ja myślę, że o co innego im chodzi. Mnie tolerują tylko dlatego, że lubię się z nim. Strzeż się ich. - ostrzegła mnie Vic, biorąc kosmetyczkę pod pachę. No tak, czekało mnie ciekawe życie z nimi nie ma co. Nie namyślajac się długo, poszperałam w mojej walizce i kufrze i wyciągnęłam moją koronkową sukienkę koktajlową do kolan oraz czarne szpilki na wysokim obcasie. Jak szaleć to szaleć. Wzięłam rzeczy i ruszyłam w stronę łazienki, która była tuż obok naszego pokoju. Gdy weszłam, stanęłam jak osłupiała. Ogrom tego pomieszczenia przytłoczył mnie. Wanna wielkości mini basenu, umywalka i inne detale były dopracowane w najmniejszym szczególe. Oczywiście dominował kolor czarny. Położyłam ubrania przy umywalce. Zaczęłam ściągać poszczególne elementy mojego ubioru: skórzana kurteczka, koszula w kratę i obcisłe spodnie na butach kończąc. Po chwili również i moja bielizna leżała na podłodze. Odkręciłam kurki i z kranów poleciała woda oraz aromatyczne olejki. Wskoczyłam naga do wody, drżąc z rozkoszy jakie dawało ciepło wody. Spięłam włosy w koka i ułożyłam się wygodniej. Myśli płynęły mi łagodnymi falami w głowie. Nie mogłam się już doczekać jutrzejszego dnia. A dzisiejsza balanga miała przejść do historii jako najhuczniejsza. Dobrze, że jako wampir tak łatwo nie dawałam się upić. Po ok. 30 minutach woda stała się zimna i musiałam wyjść. Jeszcze tylko makijaż i ubiór. Wciagnęłam sukienkę na siebie i zapięłam, nogi włożyłam do moich czarnych szpilek. Popatrzyłam na siebie w lustrze. Moje włosy nie prezentowały się zbyt dobrze. Wzięłam szczotkę do włosów i szybkim ruchami je rozczesałam. Związałam je w luźny kucyk,a potem zaplotłam na kształt 'kłosa". Warkocz swobodnie opadł mi na lewe ramię. Opudrowałam twarz, nałożyłam podkład, umalowałam rzęsy tuszem i podkreśliłam oczy eyelinerem.
-Dobra, cycki w górę, pierś do przodu i jazda. - mruknęłam do siebie i wyszłam z łazienki.
-Czysta krew. - blondyn wypowiedział hasło, nie zwracając na mnie uwagi ani na Vic i Blaise'a. Zachowywał się jak dzieciak. Ściana rozsunęła się, ukazując przejście do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Prefekt nie wypowiadając ani jednego słowa, przeszedł przez otwór, a za nim młodzi adepci magii, szeptając gorączkowo między sobą i przydeptując sobie nogi. Udaliśmy się za tą bandą do środka. Pierwsze co mnie urzekło to niezwykły kolor zieleni odgradzający się od czerni kamiennej posadzki. Wszystko aż ociekało bogactwem. Nad kominkiem wisiała plazma, a nad nią herb Slytherinu oraz tekst hymnu. Kanapa w kolorze szmaragdu oraz fotele stojące dookoła niej dopełniały całości. Pierwszoroczni rozeszli się i zrobiło się luźniej i ciszej. Z ulgą klapnęłam na kanapie, odgarniając włosy. Vicki pochodziła jeszcze po pomieszczeniu i usiadła obok mnie. Blaise gdzieś zniknął. Niedługo potem się wyjaśniło gdzie był. Chłopak przyszedł z dwiema karafkami płynu, przypominającego whisky. Co jak co, ale umiałam poznać się na alkoholu. I pomyśleć, że niecałe 3 lata temu byłam jeszcze normalną dziewczyną, bez problemów w typie 'wampir' lub 'bycie wampirem'. Miałam szczęśliwą, kochającą się rodzinę bez problemów i trosk. Aż przyszło zobojętnienie na wszystko i wszystkich. Diabeł nalał mi trochę do szklanki. Przyjęłam ją z wdzięcznością. Upiłam łyk. Trochę paliła w gardle, ale zignorowałam to. Przynajmniej whisky miała jedną zaletę: rozgrzewała. Tutaj, w lochach chłód bił po kątach.
-Czemu tutaj jest tak zimno? - spytałam Blaise'a, patrząc na szklankę z alkoholem w moich rękach.
-Po to, żebyś się głupio pytała. Nasze lochy znajdują się na dnie jeziora. - odpowiedział mi zimny jak lód głos. Do pomieszczenia wszedł Draco Malfoy w całej krasie. Zmienił normalne ubrania na szaty szkolne. Rzucił się całym ciałem na fotel i upił łyk prosto z gwinta.
-To co z tą imprezą? - zwrócił się do Blaise'a. Ten odpowiedział:
-O 20. - odłożył szklankę i przeprosiwszy nas uprzednio odszedł w stronę dormitorium dziewcząt. Vic znieruchomiała i gapiła się w punkt, w którym zniknął Diabeł. Kilka sekund później:
-DIAAAABLEEEEE! Ty szatański pomiocie!! Nie masz tam wstępu !! - pisnęła, przeskakując kanapę i niemal galopem pobiegła do dziewczeńskiego pokoju. Żeby nie zaśmiać się znowu, napiłam się trunku. Spod powiek patrzyłam na Malfoya, który zamyślony siedział w nonszalanckiej pozie ze szklanką w dłoni. Mijały minuty za minutą, a my nadal nie przerwaliśmy milczenia.
Tymczasem za filarem:
-Jak myślisz ile czasu nam zajmie na zeswatanie ich ze sobą? - szepnęła Vic do Blaise'a, który obserwował parę siedzącą przy kominku ze znaczącym uśmiechem.
-Obstawiam, że do końca tego semestru. - wyciągnął dłoń w stronę drobnej blondynki z cwaniackim uśmiechem na twarzy. Victoria zarumieniła się. Dobrze, że tutaj było ciemno i nie widział jej zawstydzenia na twarzy. Jej niebieskie oczy zaświeciły z podekscytowania.
-Dobra. - potrząsła jego dłonią i minęła go, kierując się w stronę Eleny i Smoka.
-Smoku, a ty nie powinieneś być na spotkaniu prefektów u McCnotki? - Vic usiadła jak gdyby nigdy nic obok swojej koleżanki. Malfoy przeniósł swój nieprzytomny wzrok na blondynkę.
-Aaa! Masz rację. Już idę. - poderwał się gwałtownie i minąwszy dziewczyny wyszedł z salonu przez otwór w kamiennej ścianie.
-Czasami mam wrażenie jakby żył w innym świecie. - zauważyła Victoria dolewając sobie alkoholu.
-A ja myślę, że to pojawienie się tak uroczej dziewczyny jak Elena wytrąciło go z równowagi. - Diabeł znienacka pocałował mnie w policzek i zasiadł jak król między nami. Rozłożył ramiona na oparciu kanapy i wyłożył nogi do przodu. Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc o co chodzi.
-Tylko nie mów, że nie wiesz o co chodzi. Smok opowiadał mi o tym jak się spotkaliście w Londynie. Duże wrażenie na nim wtedy zrobiłaś. - jego ciemnoczekoladowe tęczówki przeszywały mnie na wylot.
-A, o to chodzi...-westchnęłam. Nie miałam zbytnio czasu na rozpamiętywanie tego incydentu.
-Od tego czasu non stop o Tobie mówi. Nigdy nie widziałem go tak zaangażowanego. - nadal się na mnie patrzył, ale z takim jakby podziwem? Gdybym była człowiekiem, to już bym mogła smażyć jajka na moich policzkach. Dziwne ciepło oblało moje ciało. Mile połechtał mojego ego. Zegar stojący w rogu salonu wybił godzinę 17.
-To już tak późno? Musimy się przygotować na balangę. - jęknęła Victoria, która dotychczas nie zabierała głosu. Wstała i chwyciła mnie za rękę. Ja mimowolnie wstałam i udałam się z nią do naszego pokoju. Zdążyłam jeszcze usłyszeć:
-Zróbcie się na bóstwa! - zachichotałam. Collinsówna otworzyła drzwi, które cicho zaskrzypiały. Wewnątrz stały dwa piętrowe łóżka. Victoria usiadła na swoim.
-Niestety musimy dzielić ten pokój z Pansy i Astorią. - skrzywiła się i zaczęła grzebać w swoim kufrze w poszukiwaniu kosmetyczki. Nasze dormitorium tonęło w aksamitnej poświacie wody z jeziora, tworząc różne wzory na podłodze. Można było poczuć woń wodorostów i innych morskich roślin. Nigdy z niczym podobnym się nie spotkałam. Victoria zauważyła moje spojrzenie omiatające pomieszczenie.
-Wiem, smród jest tu straszliwy, ale musimy wytrzymać te 10 miesięcy. O jest! - ostatnią frazę niemal wykrzyknęła z nabożną czcią.
-Nie śmierdzi tu tak bardzo. A właściwie to czemu 'niestety"? - zadałam jej pytanie, dotykając sękatych poręczy łóżek. Blondynka bacznie mi sie przyjrzała.
-Ty nawet nie masz pojęcia jak się one potrafią zachować. Obie mają straszliwą chęć bycia ze Smokiem, no wiesz jak dziewczyna z chłopakiem. Ale ja myślę, że o co innego im chodzi. Mnie tolerują tylko dlatego, że lubię się z nim. Strzeż się ich. - ostrzegła mnie Vic, biorąc kosmetyczkę pod pachę. No tak, czekało mnie ciekawe życie z nimi nie ma co. Nie namyślajac się długo, poszperałam w mojej walizce i kufrze i wyciągnęłam moją koronkową sukienkę koktajlową do kolan oraz czarne szpilki na wysokim obcasie. Jak szaleć to szaleć. Wzięłam rzeczy i ruszyłam w stronę łazienki, która była tuż obok naszego pokoju. Gdy weszłam, stanęłam jak osłupiała. Ogrom tego pomieszczenia przytłoczył mnie. Wanna wielkości mini basenu, umywalka i inne detale były dopracowane w najmniejszym szczególe. Oczywiście dominował kolor czarny. Położyłam ubrania przy umywalce. Zaczęłam ściągać poszczególne elementy mojego ubioru: skórzana kurteczka, koszula w kratę i obcisłe spodnie na butach kończąc. Po chwili również i moja bielizna leżała na podłodze. Odkręciłam kurki i z kranów poleciała woda oraz aromatyczne olejki. Wskoczyłam naga do wody, drżąc z rozkoszy jakie dawało ciepło wody. Spięłam włosy w koka i ułożyłam się wygodniej. Myśli płynęły mi łagodnymi falami w głowie. Nie mogłam się już doczekać jutrzejszego dnia. A dzisiejsza balanga miała przejść do historii jako najhuczniejsza. Dobrze, że jako wampir tak łatwo nie dawałam się upić. Po ok. 30 minutach woda stała się zimna i musiałam wyjść. Jeszcze tylko makijaż i ubiór. Wciagnęłam sukienkę na siebie i zapięłam, nogi włożyłam do moich czarnych szpilek. Popatrzyłam na siebie w lustrze. Moje włosy nie prezentowały się zbyt dobrze. Wzięłam szczotkę do włosów i szybkim ruchami je rozczesałam. Związałam je w luźny kucyk,a potem zaplotłam na kształt 'kłosa". Warkocz swobodnie opadł mi na lewe ramię. Opudrowałam twarz, nałożyłam podkład, umalowałam rzęsy tuszem i podkreśliłam oczy eyelinerem.
-Dobra, cycki w górę, pierś do przodu i jazda. - mruknęłam do siebie i wyszłam z łazienki.
Hold On To That.
Droga prowadząca do zamku była kręta i wyboista co obydwie z Vic odczuwałyśmy. W dodatku pogoda drastycznie się zmieniła i nad Hogwartem pojawiły się ciężkie, szare chmury zwiastujące deszcz i burzę przez co zamek stał się jeszcze bardziej tajemniczy i groźny. Z tego co wyczytałam w "Historii Hogwartu" to zamek jest tak zaczarowany, że mugole widzą tylko i ruiny i znak, aby tam nie wchodzić. Gdy mijaliśmy bramy szkoły, zauważyłam ponure, unoszące się nad ziemią, przybrane w czarne, długie peleryny istoty. Czuć od nich było przeraźliwe, aż do kości zimno. Wzdrygnęłam się. Wszystkie moje szczęśliwe wspomnienia uleciały wysoko i nie chciały wrócić. Nawet Blaise przymilkł widząc te upiorne stwory.
-Dementory. - mruknął cicho pod nosem i wyjrzał przez okno. Nie napawało to optymizmem. W końcu dojechaliśmy tuż przed Główne Wejście. W milczeniu wyszliśmy z powozu. Nadal zimno przenikało przez moje ciało, ale już nie tak dotkliwie. Opanowawszy dreszcze udałam się wraz z Victorią ku wejściu, gdyż Blaise odszedł do Draco, stojącego wraz z nieznanymi mi dziewczynami: jedna miała miękko opadające kruczoczarne włosy oraz zimne, czarne oczy i piękną blondynką z włosami do pasa rozglądającymi się z zajadliwymi uśmieszkami wokół. Poczułam jak żółć zbiera mi się w ustach i spuściłam wzrok, żeby nie patrząc na to jakże żałosne towarzystwo. Minęłam próg szkoły pewnym krokiem. Powietrze aż przesycone było magią. Rozejrzałam się dookoła i przyjrzałam się dokładnie wszystkiemu. Drzwi prowadzące do Wielkiej Sali wykute misternie z drewna dębu, ściany ozdobione ruszającymi się obrazami. To sprawiało, że każdy kto tu przybył czuł się wyjątkowo. Victoria chwyciła mnie i za rękę i zaczęłyśmy się przepychać przez tłum, który powstał w wyniku wejścia całego siódmego i szóstego rocznika. Blondynka co jakiś czas mówiła "cześć" swoim znajomym. Przedzierając się przez motłoch uczniów, dostałam lekkiej paniki. A co jeśli kogoś teraz zaatakuję? Zewsząd słyszałam przepływającą w żyłach i tętnicach krew. Kilkadziesiąt serc pompowało uzdrawiający płyn do innych części ciała.
"Nie daj się sprowokować. Opanuj pragnienie. Walcz z tym, jeśli sytuacja tego wymaga. A gdy już do tego dojdzie - nie zabijaj. - zniweluj pragnienie. I zahipnotyzuj, aby zapomniał."
Słowa Damona huczały mi w głowie jak sztorm na morzu. W końcu wydobyłyśmy się z rzeczy ludności i skierowałyśmy się w kierunku stołu Ślizgonów. Po drodze czułam na sobie spojrzenia pozostałych uczniów. Zignorowałam to, gdyż byłam przyzwyczajona do tego, że wzbudzam powszechne zainteresowanie. Tak było w Mystic Falls i Whitemore. Zakończyłam naukę w college'u, gdy zauważyłam oznaki magii płynącej w moich żyłach. Jestem peripeuvre. Pół wampir, pół czarownica. Usiadłam z moją nową, blond koleżanką. Jakże do złudzenia przypominała Caroline, która wyjechała z Klausem w niewiadomym mi kierunku. Podejrzewam, że mieszkają teraz w Nowym Orleanie, gdzie przebywają też Elijah i Rebekah. Odgoniłam niepotrzebne myśli i skupiłam się na tym co teraz się działo. Victoria wdała się w rozmowę z młodą, piegowatą dziewczyną. Wszyscy się tu znają...A ja, pochodząca ze Stanów Zjednoczonych siedziałam tu niczym obca. Naprzeciwko mnie usiedli Blaise z Malfoyem. Czarnoskóry mrugnął do mnie okiem i układał w dalszym ciągu piramidę z widelców. Blondyn siedzący obok niego, był najwyraźniej znużony. Oparł głowę na rękach i wpatrywał się w pozłacany talerz jakby miało się pojawić niewiadomo co. Najwidoczniej pozbyli się tych dwóch laluń, bo straciłam je z oczu. Teraz mogłam bezkarnie przypatrywać się dość przystojnemu chłopakowi, którego poznałam na ulicach Londynu. Jego szare oczy teraz miały odcień dwóch srebrników. Nie wiem co mnie zafascynowało w nim, ale zapragnęłam go poznać. Jezu, Elena nie powinnaś teraz myśleć o przelotnych romansach! Dopiero co się rozstałaś z Damonem! Masz złamane serce! Zdusiłam w sobie depresyjne myśli, zostawiając je na noc. Postanowiłam się przyjrzeć innym ludziom. Oczywiście najbardziej gwarnie było przy stole domu Lwa. Jeden chłopak przykuł moją uwagę. Czarne włosy okalały jego głowę jak aureola, okrągłe okulary sprawiały, że wyglądał na kujona,a do tego zielone oczy...Takie same jak Stefana....Coś w sercu mnie zakuło na myśl o młodszym Salvatore. Lecz czasu nie cofnę. Stało się to co miało się stać. Rzuciłam wzrokiem również na stół nauczycielski. Na honorowym miejscu siedział starszy mężczyzna, gdzieś pod 80-tkę z długą, białą brodą. Zapewne to był ten słynny, owiany legendami Albus Dumbledore. Obok niego siedziała sędziwa matrona, lecz pełna energii Minerva McGonagall. Potem ubrany od stóp do głów na czarno (zupełnie jak jakiś nietoperz) Severus Snape, nauczyciel eliksirów. Miał coś w sobie, nie powiem. Powierzchowność miał niezbyt przyjemną, aparycję obrzydliwą, lecz posiadał to coś co przyciągało dziewczyny jak lep na muchy. Haczykowaty nos, tłuste włosy oraz cienkie usta i twarz obstrzona bliznami sprawiały, że człowiek nabierał szacunku do tego Mistrza Eliksirów. Charakter - niezbyt miły. Pozostali nauczyciele to: prof. Flitwick gawędzący z prof.Sprout, półolbrzym, Hagrid wraz z nieznanym mi nauczycielem. Postanowiłam spytać o to siedzącą tuż obok Vic:
-Ej, Vic, a kto to siedzi obok Hagrida? - szturchnęłam łokciem blondynkę. Chyba zrobiłam to za mocno, gdyż chwyciła się za bok i rozmasowywała go.
-Dziewczyno, ty to masz siłę. - wybałuszyła oczy, lecz wróciła do zadanego przeze mnie pytania. - Jest to Ian Scotish, nauczyciel od obrony przed czarną magią. Zapewne nie zagrzeje tu dłużej niż rok. Zawsze tak jest. - dodała i zabrała się za jedzenie, które pojawiło się nieoczekiwanie przed nami. Ja jednak zatopiłam się w myślach. Skądś znałam tą twarz... Tylko skąd? W końcu poddałam się i wbiłam widelec w kawałek kurczaka na moim talerzu. Momentalnie straciłam apetyt. Może przez to, że jestem w obcym miejscu? Pogrzebałam chwilę w talerzu i upiłam łyk soku dyniowego. Dyrektor uderzył łyżeczką o szklankę. Wszyscy umilkli i skierowali swoje spojrzenia ku starcowi. Ten odchrząknął i zaczął przemawiać:
- Witam wszystkich nowych i "starych" uczniów! Rozpoczął się rok szkolny i na ten czas mam kilka ogłoszeń: uczniowe mają zakaz wstępu na teren Zakazanego Lasu ze względu na niebezpieczne stworzenia, w tym roku odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy oraz wcześniej 31 października - Halloween. Następna rzecz to pożegnanie siódmoklasistów na zakończenie roku i owutemy. Życzę owocnej nauki i oby wyniki były jak najlepsze. A teraz przedstawię grono nauczycielskie: prof.Minerva McGonagall - nauczycielka transmutacji, prof. Filius Flitwick - nauczyciel zaklęć, prof. Rubeus Hagrid - nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami, prof. Severus Snape - nauczyciel eliksirów oraz prof. Ian Scotish - nauczyciel obrony przed czarną magią. W tym roku zostali nominowani nowi Prefekci Naczelni poszczególnych domów: Gryffindor - panna Hermiona Granger, Slytherin - pan Draco Malfoy, Hufflepuff - panna Hanna Abbott oraz Ravenclaw - panna Cho Chang. Spotkanie prefektów odbędzie się tuż za chwilę w gabinecie prof.McGonagall. Najpierw prefekci niech odprowadzą pierwszorocznych do dormitoriów. Życzę dobrej nocy i do łóżek! - zakończył przemowę i zniknął za drzwiami bocznymi. Na Wielkiej Sali zapanowało wielkie poruszenie i hałasy. Uczniowie wszystkich domów stłoczyli się przy wejściu i prefekci ledwo panowali nad tłumem. Razem z Victorią wstałyśmy od stołu i zaczęłyśmy się przeciskać przez tłum. Przed moimi oczami co jakiś czas migały mi barwy Gryffindoru. Ludzie różnie na mnie patrzyli: od zaciekawienia po niechęć. Może uda mi się przełamać te bariery oddzielające Slytherin od Gryffindoru? Kto wie :) . Wypadłyśmy (dosłownie) na zimny korytarz. Przyniosło mi to pewną ulgę, gdyż w sali było potwornie gorąco. Otarłam kropelki potu z czoła. Sala powoli pustoszała. Gryfoni i Krukoni udali się do swoich wież, a Krukoni w stronę lochów. Ślizgoni czekali na Malfoya, który miał ich zaprowadzić na dół. Blaise stanął przede mną.
-To co, idziemy na dół? Szykuje się niezła impreza. - powiedział z uśmiechem. Uniosłam głowę, gdyż chłopak był wyższy ode mnie niemal o półtorej głowy.
-Jutro zaczynają się lekcje. - odpowiedziałam z dezaprobatą i politowaniem. Czarnoskóry chłopak tylko wywrócił oczami.
-W Slytherinie tradycją stało się to, że organizujemy huczne imprezy na początek roku. - pewność siebie, aż od niego biła. Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia z Vic.
-No skoro tak...- wizja wspólnego imprezowania z Blaisem wydała mi się bardzo kusząca.
-No to zapraszam Panie. - tu ukłonił się szarmancko i podstawił mi swoje ramię z zabawnie poważną miną. Wybuchłam śmiechem. Przy nim nie mogłam zachować powagi. Włożyłam dłoń w zagięcie jego ramienia. Kątem oka zauważyłam Dracona, który rzucił nam wściekłe i zazdrosne spojrzenie. Zazdrosne? Co z tym światem się dzieje...? Pokręciłam głową nieznacznie i odeszłam w stronę lochów wraz z Blaisem i Victorią.
-Dementory. - mruknął cicho pod nosem i wyjrzał przez okno. Nie napawało to optymizmem. W końcu dojechaliśmy tuż przed Główne Wejście. W milczeniu wyszliśmy z powozu. Nadal zimno przenikało przez moje ciało, ale już nie tak dotkliwie. Opanowawszy dreszcze udałam się wraz z Victorią ku wejściu, gdyż Blaise odszedł do Draco, stojącego wraz z nieznanymi mi dziewczynami: jedna miała miękko opadające kruczoczarne włosy oraz zimne, czarne oczy i piękną blondynką z włosami do pasa rozglądającymi się z zajadliwymi uśmieszkami wokół. Poczułam jak żółć zbiera mi się w ustach i spuściłam wzrok, żeby nie patrząc na to jakże żałosne towarzystwo. Minęłam próg szkoły pewnym krokiem. Powietrze aż przesycone było magią. Rozejrzałam się dookoła i przyjrzałam się dokładnie wszystkiemu. Drzwi prowadzące do Wielkiej Sali wykute misternie z drewna dębu, ściany ozdobione ruszającymi się obrazami. To sprawiało, że każdy kto tu przybył czuł się wyjątkowo. Victoria chwyciła mnie i za rękę i zaczęłyśmy się przepychać przez tłum, który powstał w wyniku wejścia całego siódmego i szóstego rocznika. Blondynka co jakiś czas mówiła "cześć" swoim znajomym. Przedzierając się przez motłoch uczniów, dostałam lekkiej paniki. A co jeśli kogoś teraz zaatakuję? Zewsząd słyszałam przepływającą w żyłach i tętnicach krew. Kilkadziesiąt serc pompowało uzdrawiający płyn do innych części ciała.
"Nie daj się sprowokować. Opanuj pragnienie. Walcz z tym, jeśli sytuacja tego wymaga. A gdy już do tego dojdzie - nie zabijaj. - zniweluj pragnienie. I zahipnotyzuj, aby zapomniał."
Słowa Damona huczały mi w głowie jak sztorm na morzu. W końcu wydobyłyśmy się z rzeczy ludności i skierowałyśmy się w kierunku stołu Ślizgonów. Po drodze czułam na sobie spojrzenia pozostałych uczniów. Zignorowałam to, gdyż byłam przyzwyczajona do tego, że wzbudzam powszechne zainteresowanie. Tak było w Mystic Falls i Whitemore. Zakończyłam naukę w college'u, gdy zauważyłam oznaki magii płynącej w moich żyłach. Jestem peripeuvre. Pół wampir, pół czarownica. Usiadłam z moją nową, blond koleżanką. Jakże do złudzenia przypominała Caroline, która wyjechała z Klausem w niewiadomym mi kierunku. Podejrzewam, że mieszkają teraz w Nowym Orleanie, gdzie przebywają też Elijah i Rebekah. Odgoniłam niepotrzebne myśli i skupiłam się na tym co teraz się działo. Victoria wdała się w rozmowę z młodą, piegowatą dziewczyną. Wszyscy się tu znają...A ja, pochodząca ze Stanów Zjednoczonych siedziałam tu niczym obca. Naprzeciwko mnie usiedli Blaise z Malfoyem. Czarnoskóry mrugnął do mnie okiem i układał w dalszym ciągu piramidę z widelców. Blondyn siedzący obok niego, był najwyraźniej znużony. Oparł głowę na rękach i wpatrywał się w pozłacany talerz jakby miało się pojawić niewiadomo co. Najwidoczniej pozbyli się tych dwóch laluń, bo straciłam je z oczu. Teraz mogłam bezkarnie przypatrywać się dość przystojnemu chłopakowi, którego poznałam na ulicach Londynu. Jego szare oczy teraz miały odcień dwóch srebrników. Nie wiem co mnie zafascynowało w nim, ale zapragnęłam go poznać. Jezu, Elena nie powinnaś teraz myśleć o przelotnych romansach! Dopiero co się rozstałaś z Damonem! Masz złamane serce! Zdusiłam w sobie depresyjne myśli, zostawiając je na noc. Postanowiłam się przyjrzeć innym ludziom. Oczywiście najbardziej gwarnie było przy stole domu Lwa. Jeden chłopak przykuł moją uwagę. Czarne włosy okalały jego głowę jak aureola, okrągłe okulary sprawiały, że wyglądał na kujona,a do tego zielone oczy...Takie same jak Stefana....Coś w sercu mnie zakuło na myśl o młodszym Salvatore. Lecz czasu nie cofnę. Stało się to co miało się stać. Rzuciłam wzrokiem również na stół nauczycielski. Na honorowym miejscu siedział starszy mężczyzna, gdzieś pod 80-tkę z długą, białą brodą. Zapewne to był ten słynny, owiany legendami Albus Dumbledore. Obok niego siedziała sędziwa matrona, lecz pełna energii Minerva McGonagall. Potem ubrany od stóp do głów na czarno (zupełnie jak jakiś nietoperz) Severus Snape, nauczyciel eliksirów. Miał coś w sobie, nie powiem. Powierzchowność miał niezbyt przyjemną, aparycję obrzydliwą, lecz posiadał to coś co przyciągało dziewczyny jak lep na muchy. Haczykowaty nos, tłuste włosy oraz cienkie usta i twarz obstrzona bliznami sprawiały, że człowiek nabierał szacunku do tego Mistrza Eliksirów. Charakter - niezbyt miły. Pozostali nauczyciele to: prof. Flitwick gawędzący z prof.Sprout, półolbrzym, Hagrid wraz z nieznanym mi nauczycielem. Postanowiłam spytać o to siedzącą tuż obok Vic:
-Ej, Vic, a kto to siedzi obok Hagrida? - szturchnęłam łokciem blondynkę. Chyba zrobiłam to za mocno, gdyż chwyciła się za bok i rozmasowywała go.
-Dziewczyno, ty to masz siłę. - wybałuszyła oczy, lecz wróciła do zadanego przeze mnie pytania. - Jest to Ian Scotish, nauczyciel od obrony przed czarną magią. Zapewne nie zagrzeje tu dłużej niż rok. Zawsze tak jest. - dodała i zabrała się za jedzenie, które pojawiło się nieoczekiwanie przed nami. Ja jednak zatopiłam się w myślach. Skądś znałam tą twarz... Tylko skąd? W końcu poddałam się i wbiłam widelec w kawałek kurczaka na moim talerzu. Momentalnie straciłam apetyt. Może przez to, że jestem w obcym miejscu? Pogrzebałam chwilę w talerzu i upiłam łyk soku dyniowego. Dyrektor uderzył łyżeczką o szklankę. Wszyscy umilkli i skierowali swoje spojrzenia ku starcowi. Ten odchrząknął i zaczął przemawiać:
- Witam wszystkich nowych i "starych" uczniów! Rozpoczął się rok szkolny i na ten czas mam kilka ogłoszeń: uczniowe mają zakaz wstępu na teren Zakazanego Lasu ze względu na niebezpieczne stworzenia, w tym roku odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy oraz wcześniej 31 października - Halloween. Następna rzecz to pożegnanie siódmoklasistów na zakończenie roku i owutemy. Życzę owocnej nauki i oby wyniki były jak najlepsze. A teraz przedstawię grono nauczycielskie: prof.Minerva McGonagall - nauczycielka transmutacji, prof. Filius Flitwick - nauczyciel zaklęć, prof. Rubeus Hagrid - nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami, prof. Severus Snape - nauczyciel eliksirów oraz prof. Ian Scotish - nauczyciel obrony przed czarną magią. W tym roku zostali nominowani nowi Prefekci Naczelni poszczególnych domów: Gryffindor - panna Hermiona Granger, Slytherin - pan Draco Malfoy, Hufflepuff - panna Hanna Abbott oraz Ravenclaw - panna Cho Chang. Spotkanie prefektów odbędzie się tuż za chwilę w gabinecie prof.McGonagall. Najpierw prefekci niech odprowadzą pierwszorocznych do dormitoriów. Życzę dobrej nocy i do łóżek! - zakończył przemowę i zniknął za drzwiami bocznymi. Na Wielkiej Sali zapanowało wielkie poruszenie i hałasy. Uczniowie wszystkich domów stłoczyli się przy wejściu i prefekci ledwo panowali nad tłumem. Razem z Victorią wstałyśmy od stołu i zaczęłyśmy się przeciskać przez tłum. Przed moimi oczami co jakiś czas migały mi barwy Gryffindoru. Ludzie różnie na mnie patrzyli: od zaciekawienia po niechęć. Może uda mi się przełamać te bariery oddzielające Slytherin od Gryffindoru? Kto wie :) . Wypadłyśmy (dosłownie) na zimny korytarz. Przyniosło mi to pewną ulgę, gdyż w sali było potwornie gorąco. Otarłam kropelki potu z czoła. Sala powoli pustoszała. Gryfoni i Krukoni udali się do swoich wież, a Krukoni w stronę lochów. Ślizgoni czekali na Malfoya, który miał ich zaprowadzić na dół. Blaise stanął przede mną.
-To co, idziemy na dół? Szykuje się niezła impreza. - powiedział z uśmiechem. Uniosłam głowę, gdyż chłopak był wyższy ode mnie niemal o półtorej głowy.
-Jutro zaczynają się lekcje. - odpowiedziałam z dezaprobatą i politowaniem. Czarnoskóry chłopak tylko wywrócił oczami.
-W Slytherinie tradycją stało się to, że organizujemy huczne imprezy na początek roku. - pewność siebie, aż od niego biła. Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia z Vic.
-No skoro tak...- wizja wspólnego imprezowania z Blaisem wydała mi się bardzo kusząca.
-No to zapraszam Panie. - tu ukłonił się szarmancko i podstawił mi swoje ramię z zabawnie poważną miną. Wybuchłam śmiechem. Przy nim nie mogłam zachować powagi. Włożyłam dłoń w zagięcie jego ramienia. Kątem oka zauważyłam Dracona, który rzucił nam wściekłe i zazdrosne spojrzenie. Zazdrosne? Co z tym światem się dzieje...? Pokręciłam głową nieznacznie i odeszłam w stronę lochów wraz z Blaisem i Victorią.
środa, 13 listopada 2013
New Friendships.
Podróż upłynęła mi całkiem spokojnie. Więcej się do Draco nie odezwałam. Jak będzie chciał ze mną pogadać, to sam zagada. Pociąg zaczął zwalniać. Zamknęłam książkę i przeciągnęłam się. Musiałam utrzymywać pozory, że jestem człowiekiem. Tak jak mnie uczył Damon, któremu wychodziło to całkiem naturalnie. I znowu Damon! Jejciu, czemu nie mogłam tak po prostu zapomnieć o nim? Wstałam, prostując nogi, które mi ścierpnęły. Schowałam książkę do torby, ignorując kompana podróży. Ściągnęłam kufer i walizkę. Czułam na moich plecach, że chyba na mnie patrzy. Obejrzałam się i od razu przyłapałam go jak obserwuje mnie bacznie. Pokręciłam głową z cichym westchnieniem. Nie rozumiałam go. Może i ledwo go poznałam, ale już znałam doskonale jego zmianę nastrojów: od pełnego szczęścia flirciarza po chodzącą chmurę gradową.
-Możesz się przestać na mnie gapić? - spytałam go z nutką rozbawienia w głosie, nadal stojąc do niego tyłem.
-A co, nie mogę? - usłyszałam pogardliwy ton głosu chłopaka. Już miałam coś odpowiedzieć, rzucić jakąś ripostę, ale zauważyłam, że przez korytarz przedziera się Złota Trójca Hogwartu. Harry popatrzył się na mnie z lekkim uśmiechem na twarzy, ale nie zatrzymał się i poszedł dalej. Za to Ron buchający złością, nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem. Hermiona, idąca tuż za nim spojrzała na mnie dziwnie. Jakby...z zazdrością? Potem przeniosła wzrok na Draco, który cały zesztywniał. Spuścił wzrok na swoje buty. Kasztanowłosa nic nie powiedziała, tylko odeszła, obrzucając mnie pogardliwym wzrokiem. I mówią, że to niby w USA jest najwięcej nienawiści? Skąd u nich bierze się taka nienawiść w stosunku co do nieznanych im ludzi? Tego nie mogłam zrozumieć. Aby kogoś nieznosić, trzeba mieć powód. Ja nienawidziłam Katherine, za to, że starała się uprzykrzyć mi życie. Ale na szczęście doigrała się i Silas ją zabił, sam lądując w grobie. Wilk syty i owca cała. Niestety po tym zdarzeniu, rozstałam się z Damonem. Narzuciłam moją kurteczkę i czym prędzej wyszłam z przedziału, nie oglądając się za siebie. Po drodze natykałam się na różnych ludzi, którzy uśmiechali się zachęcająco do mnie albo patrzyli z nieufnością. Co z tego, że przynależałam do Slytherinu? Przecież to nic strasznego. Jak zdążyłam już zaobserwować, między Ślizgonami, a Gryfonami panowało stałe napięcie. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce w Hogsmeade. Uczniowie zaczęli wysypywać się na zewnątrz. Wysiadłam i odetchnęłam po raz pierwszy hogwardzkim powietrzem. Dzięki moim ulepszonym zmysłom węchu mogłam wyczuć delikatny zapach ciastek, słodyczy oraz kawy, które dobiegały z nieopodal położonych sklepów. Ignorowałam natarczywe pragnienie mojego organizmu, który domagał się krwi. Wszędzie znajdowali się ludzie i nie mogłam tak po prostu zaatakować.
-Mogłabyś łaskawie ruszyć swój jakże zacny tyłek i przesunąć się? Chcemy przejść! - rozległ się za nią rozdrażniony i poirytowany głos, który chciałabym najlepiej zapomnieć. Warknęłam tylko cicho i czym prędzej skierowałam się do powozów. Wsiadłam do pierwszego lepszego i zatrzasnęłam drzwiczki. Odgarnęłam moje przydługie włosy na ramię. Ja nie wiem za jakie grzechy musiałam spotkać takiego rozpuszczonego gówniarza! Starałam się być przecież miła.
"Wampiry - jeśli chodzi o krew, pożywienie, nie są grzeczne, nie proszą o pozwolenie. Biorą co chcą i odchodzą."
Te "dobre rady" Damon mógł zachować dla kogoś innego. Zniecierpliwiona zablokowałam swój umysł przed napływem niepotrzebnych, rozrzewniających wspomnień. Założyłam nogę na nogę i czekałam aż odjadę w kierunku zamku, który stał na skraju skarpy. Jednak nie dane mi było cieszyć się samotnością, gdyż drzwiczki od powozu się otworzyły i ukazała się w nich sylwetka młodej blondynki nieco młodszej ode mnie. Blond włosy delikatną falą opadały jej na ramiona. Usta rozściągnięte w szczerym uśmiechu, mały, kształtny nosek i niebieskie oczy. Aż biło od niej pozytywną energią.
-Można? Wszędzie już jest pozajmowane. Próbowałam się wcisnąć do Gryfonów i Krukonów, ale fakt, że jestem Ślizgonką skutecznie ich odstraszył. - rozgadała się na dobre, a potem roześmiała się perliście. Kiwnęłam dłonią, aby wsiadła. Była zbyt wygadana jak dla mnie. Ja lubiłam ciszę, przerywaną jedynie szelestem kartek książki. Od czasu do czasu tylko wyprawiałam się w miasto, aby się zabawić. Najczęściej kończyło się to lądowaniem w łóżku po pijaku z nienznajomym mężczyzną. Tak było już od dwóch miesięcy, odkąd się znalazłam w Londynie. Dziewczyna wsiadła i usiadła naprzeciwko mnie.
-A tak poza tym jestem Victoria, ale mów 'Vic' - wyciągnęła rękę do mnie. Ja tylko nią potrząsnęłam i krótko odpowiedziałam:
-Elena Gilbert. - i wyjrzałam przez okno, nie chcąc już prowadzić tej dennej konwersacji. Nadal byłam zła na Draco za to jak mnie potraktował. Jednak Victoria nie zamierzała tak łatwo odpuścić.
-Jesteś tutaj nowa? Bo mówisz z jakimś dziwnym akcentem. - zagadała.
-Owszem. Pochodzę z USA, ale niedawno się przeprowadziłam do Londynu. - odparłam, nawet na nią nie zerkając.
-Aha. - na tej jej jakże błyskotliwej odpowiedzi, skończyłyśmy konwersację. Krótko po tym, drzwiczki z hukiem się otworzyły i do wnętrza powozu wparował czarnoskóry chłopak. Uniosłam brwi.
-Nie przypominam sobie, abym Ciebie tu zapraszała. - zwróciłam się do niego chłodno. Chłopak chyba zbytnio nie przejął się moim słowami, gdyż usiadł obok mnie w nonszalanckiej pozie. Spojrzałam na niego zniesmaczona.
-Jestem Blaise, ale dla przyjaciół Diabeł. - przedstawił się i puścił oczko do mnie. Uniosłam brew.
-Miło mi. - co ja jestem taka oficjalna? Powinnam wrzucić na luz. Zdecydowanie. Z tym postanowieniem wdałam się w dość zabawną konwersację z Blaisem i Victorią. Wtem usłyszeliśmy odgłosy butów plaskających w błocie. A po chwili....
-Blaise! - to był on. Czarnoskóry tylko wywrócił oczami.
-Czasami zachowuje się jak mały dzieciak, a ja jestem jego matką. - pomarudził, ale w końcu wysiadł z powozu. Natężyłam słuch.
-Co ty tam robiłeś? - syknął zdenerwowany Malfoy. Chwila ciszy.
-Chyba mam prawo przebywać z kim chcę. A poza tym...ta Elena to całkiem niezła laska...- po tym komentarzu zachichotałam. Dobrze było znać opinię chłopaków na mój temat. Oparłam się wygodnie. Powoli ruszyliśmy w stronę Hogwartu, więc już nie usłyszałam rozmowy dwóch Ślizgonów. Jedno wiedziałam na pewno: to będzie ciekawy rok oraz to, że pewien blondyn zagościł w moich myślach na dłużej.
-Możesz się przestać na mnie gapić? - spytałam go z nutką rozbawienia w głosie, nadal stojąc do niego tyłem.
-A co, nie mogę? - usłyszałam pogardliwy ton głosu chłopaka. Już miałam coś odpowiedzieć, rzucić jakąś ripostę, ale zauważyłam, że przez korytarz przedziera się Złota Trójca Hogwartu. Harry popatrzył się na mnie z lekkim uśmiechem na twarzy, ale nie zatrzymał się i poszedł dalej. Za to Ron buchający złością, nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem. Hermiona, idąca tuż za nim spojrzała na mnie dziwnie. Jakby...z zazdrością? Potem przeniosła wzrok na Draco, który cały zesztywniał. Spuścił wzrok na swoje buty. Kasztanowłosa nic nie powiedziała, tylko odeszła, obrzucając mnie pogardliwym wzrokiem. I mówią, że to niby w USA jest najwięcej nienawiści? Skąd u nich bierze się taka nienawiść w stosunku co do nieznanych im ludzi? Tego nie mogłam zrozumieć. Aby kogoś nieznosić, trzeba mieć powód. Ja nienawidziłam Katherine, za to, że starała się uprzykrzyć mi życie. Ale na szczęście doigrała się i Silas ją zabił, sam lądując w grobie. Wilk syty i owca cała. Niestety po tym zdarzeniu, rozstałam się z Damonem. Narzuciłam moją kurteczkę i czym prędzej wyszłam z przedziału, nie oglądając się za siebie. Po drodze natykałam się na różnych ludzi, którzy uśmiechali się zachęcająco do mnie albo patrzyli z nieufnością. Co z tego, że przynależałam do Slytherinu? Przecież to nic strasznego. Jak zdążyłam już zaobserwować, między Ślizgonami, a Gryfonami panowało stałe napięcie. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce w Hogsmeade. Uczniowie zaczęli wysypywać się na zewnątrz. Wysiadłam i odetchnęłam po raz pierwszy hogwardzkim powietrzem. Dzięki moim ulepszonym zmysłom węchu mogłam wyczuć delikatny zapach ciastek, słodyczy oraz kawy, które dobiegały z nieopodal położonych sklepów. Ignorowałam natarczywe pragnienie mojego organizmu, który domagał się krwi. Wszędzie znajdowali się ludzie i nie mogłam tak po prostu zaatakować.
-Mogłabyś łaskawie ruszyć swój jakże zacny tyłek i przesunąć się? Chcemy przejść! - rozległ się za nią rozdrażniony i poirytowany głos, który chciałabym najlepiej zapomnieć. Warknęłam tylko cicho i czym prędzej skierowałam się do powozów. Wsiadłam do pierwszego lepszego i zatrzasnęłam drzwiczki. Odgarnęłam moje przydługie włosy na ramię. Ja nie wiem za jakie grzechy musiałam spotkać takiego rozpuszczonego gówniarza! Starałam się być przecież miła.
"Wampiry - jeśli chodzi o krew, pożywienie, nie są grzeczne, nie proszą o pozwolenie. Biorą co chcą i odchodzą."
Te "dobre rady" Damon mógł zachować dla kogoś innego. Zniecierpliwiona zablokowałam swój umysł przed napływem niepotrzebnych, rozrzewniających wspomnień. Założyłam nogę na nogę i czekałam aż odjadę w kierunku zamku, który stał na skraju skarpy. Jednak nie dane mi było cieszyć się samotnością, gdyż drzwiczki od powozu się otworzyły i ukazała się w nich sylwetka młodej blondynki nieco młodszej ode mnie. Blond włosy delikatną falą opadały jej na ramiona. Usta rozściągnięte w szczerym uśmiechu, mały, kształtny nosek i niebieskie oczy. Aż biło od niej pozytywną energią.
-Można? Wszędzie już jest pozajmowane. Próbowałam się wcisnąć do Gryfonów i Krukonów, ale fakt, że jestem Ślizgonką skutecznie ich odstraszył. - rozgadała się na dobre, a potem roześmiała się perliście. Kiwnęłam dłonią, aby wsiadła. Była zbyt wygadana jak dla mnie. Ja lubiłam ciszę, przerywaną jedynie szelestem kartek książki. Od czasu do czasu tylko wyprawiałam się w miasto, aby się zabawić. Najczęściej kończyło się to lądowaniem w łóżku po pijaku z nienznajomym mężczyzną. Tak było już od dwóch miesięcy, odkąd się znalazłam w Londynie. Dziewczyna wsiadła i usiadła naprzeciwko mnie.
-A tak poza tym jestem Victoria, ale mów 'Vic' - wyciągnęła rękę do mnie. Ja tylko nią potrząsnęłam i krótko odpowiedziałam:
-Elena Gilbert. - i wyjrzałam przez okno, nie chcąc już prowadzić tej dennej konwersacji. Nadal byłam zła na Draco za to jak mnie potraktował. Jednak Victoria nie zamierzała tak łatwo odpuścić.
-Jesteś tutaj nowa? Bo mówisz z jakimś dziwnym akcentem. - zagadała.
-Owszem. Pochodzę z USA, ale niedawno się przeprowadziłam do Londynu. - odparłam, nawet na nią nie zerkając.
-Aha. - na tej jej jakże błyskotliwej odpowiedzi, skończyłyśmy konwersację. Krótko po tym, drzwiczki z hukiem się otworzyły i do wnętrza powozu wparował czarnoskóry chłopak. Uniosłam brwi.
-Nie przypominam sobie, abym Ciebie tu zapraszała. - zwróciłam się do niego chłodno. Chłopak chyba zbytnio nie przejął się moim słowami, gdyż usiadł obok mnie w nonszalanckiej pozie. Spojrzałam na niego zniesmaczona.
-Jestem Blaise, ale dla przyjaciół Diabeł. - przedstawił się i puścił oczko do mnie. Uniosłam brew.
-Miło mi. - co ja jestem taka oficjalna? Powinnam wrzucić na luz. Zdecydowanie. Z tym postanowieniem wdałam się w dość zabawną konwersację z Blaisem i Victorią. Wtem usłyszeliśmy odgłosy butów plaskających w błocie. A po chwili....
-Blaise! - to był on. Czarnoskóry tylko wywrócił oczami.
-Czasami zachowuje się jak mały dzieciak, a ja jestem jego matką. - pomarudził, ale w końcu wysiadł z powozu. Natężyłam słuch.
-Co ty tam robiłeś? - syknął zdenerwowany Malfoy. Chwila ciszy.
-Chyba mam prawo przebywać z kim chcę. A poza tym...ta Elena to całkiem niezła laska...- po tym komentarzu zachichotałam. Dobrze było znać opinię chłopaków na mój temat. Oparłam się wygodnie. Powoli ruszyliśmy w stronę Hogwartu, więc już nie usłyszałam rozmowy dwóch Ślizgonów. Jedno wiedziałam na pewno: to będzie ciekawy rok oraz to, że pewien blondyn zagościł w moich myślach na dłużej.
wtorek, 12 listopada 2013
Bloodstream.
20 min później:
Obudziłam się nagle. Znów ten koszmarny sen. Wyłączyłam mp4. Przetarłam oczy. Znów śnił mi się Damon. W tym śnie przyjechał do mnie, do Hogwartu. Wybaczył mi. Wróciliśmy do siebie i żyliśmy pełnią szczęścia. Niestety to tylko sen i wiem, że to nigdy sie nie zdarzy. Już nigdy go nie zobaczę. Gorace łzy zaczęły żłobić moje policzki. Nigdy nie przeżywałam rozstania tak jak teraz. Czułam, że to co przeżyłam już jest za mną. Och, gdyby nie ten cholerny Kol...Złapałam się za głowę i zaczęłam się kiwać w przód i tył tak jak to robiłam w dzieciństwie, gdy się czegoś bałam. Jestem wampirem i nie powinnam się niczego bać. A cierpiałam przez jakiś tam zawód miłosny. Ironia losu? Niezbyt. Wyjrzałam przez okno. Krajobraz miejski ustąpił teraz miejsca łąkom i pastwiskom. Gdyby to ode mnie zależało to cały pociąg już by nie żył. Jak tylko dojadę do Hogwartu, będę musiała zapolować. Na głodzie juz dłużej nie wytrzymam, zwłaszcza, że powinnam w miarę możliwości polować codziennie, a tak to minęło już 3 dni od mojego ostatniego posiłku. Drzwi od przedziału uchyliły się i do środka wszedł znany mi już chłopak. Siadł naprzeciwko mnie.
-Zapomniałem się przedstawić. Jestem Draco. - wyciągnął dłoń w moim kierunku. Podałam mu również swoją. Jego dotyk sprawił, że przeszły mi ciarki po plecach, więc szybko wyrwałam mu swoją dłoń, spuściwszy wzrok na moje kolana. Jego zapach był nie do zniesienia. Z trudnością panowałam nad swoją samokontrolą. Jego krew przyzywała mnie, przełknęłam ślinę.
-Elena, ale dla przyjaciół Elly. - uśmiechnęłam się blado, starając się ukryć przed nim targające mną emocje. Podkuliłam nogi i oparłam na nich brodę. Kły zaczęły niebezpiecznie się wydłużać przez co czułam ból. Oby tylko nie zobaczył mojej skrzywionej miny.
-Nigdy Cię nie widziałem w Hogwarcie. - przyjrzał mi się badawczo. Jego szare tęczówki przeszywały mnie na wylot.
-Bo uczyłam się w innej szkole. - wyszeptałam i pustym wzrokiem patrzyłam przez okno. Za niedługo mieliśmy się znaleźć w Hogwarcie. Milczeliśmy. Atmosfera między nami była bardzo gęsta, tak, że można ją było kroić nożem. Ten chłopak jest kompletną zagadką dla mnie. Ja, Elena Marie Gilbert - mistrzyni w manipulowaniu ludźmi, nie umie rozgryźć zwykłego, marnego człowieka. Marnego? Matko Boska, ta wampirza natura przejmuje stery nad moim życiem i postrzeganiem świata. Zerknęłam na niego ukradkiem. Miał całkiem miłą aparycję. Zamyślone, stalowoszare oczy, kształtny nos no i te usta....No czemu wampiry muszą odczuwać, aż tak wszystkie emocje, uczucia? Zaklęłam w duchu. Czasami uważałam wampiryzm za katorgę, wieczną mękę, na którą zostałam skazana.
"Bycie wampirem nie jest proste. Spójrz na Stefana. Mimo, że upłynęło już tyle lat od naszej przemiany, on nadal nie umie zapanować nad żądzą krwi. Gdy była jeszcze Lexi, to jako tako sobie radził, ale teraz... Mam wrażenie, że siedząca w nim bestia pragnie ujawnić się, wyjść na zewnątrz i całkowicie zapanować nad nim. Boję się, że go wtedy stracę na zawsze....Nawet w latach 20. nie odczuwałem takiego strachu, jaki odczuwam teraz. Gdy Stefan był znany pod pseudonimem 'Rozpruwacz', starałem się mu pomóc, niestety z pomocą Lexi, która chciała wyciągnąć go z tego bagna. Nie wiem do tej pory co nim kierowało, że wyłączył uczucia. Katherine "nie żyła" od ponad 40 lat...Dlatego Eleno, uparcie twierdzę, że to nie dla Ciebie. Kocham Cię w każdej wersji, ale nie zniosę tego, że będziesz cierpiała męki na wieki...Proszę Cię, stań się człowiekiem tak jak tego zawsze pragnęłaś. Załóż rodzinę, patrz jak dorastają twoje wnuki...Bycie wampirem oznacza skazanie na całkowite potępienie i udrękę. Może i tego nie widać po mnie, bo całkiem nieźle sobie radzę z byciem tym kim jestem, ale Stefan jest dobitnym przykładem na to, że możesz nigdy nie pogodzić się z tym, że ktoś na kim ci cholernie zależało - już nie żyje. I pamiętaj jeszcze jedno: Zawsze będę Cię kochał - bez względu na wszystko."
Słowa Damona o 'byciu wampirem' odbijały mi się echem w głowie. Przymknęłam oczy, aby sobie przypomnieć sytuację. No tak, to było wtedy, gdy stałam się wampirem ponad rok temu. Jezu, on chyba dostrzegł jak bardzo byłam podobna do Stefana, chociaż ja uważałam inaczej. Poczułam jak pieką mnie oczy i gorący, słonawy płyn leci ciurkiem po policzkach. Otarłam je dyskretnie rękawem, aby Draco nie zauważył, że się rozklejam. Koniec z tym! Żadnego mazgajenia się! Co się stało, to się nie odstanie. Zerknęłam w bok. Chłopak patrzył zamyślony na widoki za oknem. Jego włosy opadały łagodnie na czoło, aż miałam ochotę je zmierzwić, albo chociaż dotknąć. Postanowiłam przerwać milczenie.
- Kiedy dowiedziałeś się, że jesteś czarodziejem? - wyrwałam go z kontemplowania życia, gdyż spojrzał na mnie rozdrażnionym wzrokiem.
-Od zawsze wiedziałem. A co cię to obchodzi? - burknął pod nosem, wracając do obserwowania zmieniającego się krajobrazu za oknem. Ocho, bycie miłym chyba go przerastało.
-Nic, tak się pytam. - mruknęłam, wyciągając książkę z torby. Czytanie, podobnie jak słuchanie muzyki zawsze mnie odprężało. Wciągało mnie to bez reszty i wyłączałam się całkowicie. Akurat wzięłam ze sobą arcyciekawą książkę pt. "Wichrowe Wzgórza". Książka była bardzo stara, prawie, że rozlatywała mi się w rękach, ale miałam do niej sentyment. Dostałam ją od Damona na moje 17. urodziny tuż przed naszą "epicką" kłótnią i odkryciem mojego romansu z Kolem. Nie mógł uwierzyć w to, że go tak poprostu zdradziłam.
"Jesteś kłamliwą suką jak Katherine. Najwidoczniej myliłem się co do Ciebie. Ty, podobnie jak Katherine uwielbiasz wzbudzać zainteresowanie i puszczasz się z kim popadnie. Najpierw Stefan, potem ja. Podobało Ci się?! Historia lubi się powtarzać. Zaufałem Ci, pokazałem jaki jestem naprawdę, a ty wykorzystałaś to w bardzo perfidny sposób. Wiedziałaś, że nienawidzę Pierwotnych, a szczególnie Kola i Klausa. Ale nie....nasza NIEWINNA Elena Gilbert musiała przespać się z jednym z nich. Nadal nie mogę w to uwierzyć, ale to co teraz powiem to jest najszczersza prawda jaką w życiu powiedziałem: NIENAWIDZĘ CIĘ. Chcę, abyś zniknęła z mojego życia, tak jak się pojawiłaś. Doppelganger....po raz ostatni sobie na to pozwoliłem, aby , ktoś zabawił się moimi uczuciami. To koniec. Kochałem Cię i kocham nadal, ale moje serce zostało okrutnie zniszczone przez Ciebie. Jutro nie chcę Cię już tu widzieć. Stefan podziela moje zdanie. "
I ten wzrok młodszego Salvatore'a, gdy go mijałam...Współczucie, litość. Coś czego nieznoszę. To mnie zabiło. Czym prędzej spakowałam się i następnego dnia byłam już w Londynie. Przekartkowałam książkę. Trafiłam na moment, który zawsze mnie wzruszał. I jak myślałam, będzie dotyczyć mnie i Damona. Opisywał naszą miłość, która jak miałam wrażenie była nieskończona. No, ale od czasu do czasu można się mylić.
"Nasze dusze są jednakowe, cokolwiek się na nie składa. Dusza Lintona różni się od mojej tak samo, jak promień księżyca od błyskawicy, jak mróz od ognia."
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Emily Bronte, Wichrowe Wzgórza. {Cathy o Heathcliffie}
Obudziłam się nagle. Znów ten koszmarny sen. Wyłączyłam mp4. Przetarłam oczy. Znów śnił mi się Damon. W tym śnie przyjechał do mnie, do Hogwartu. Wybaczył mi. Wróciliśmy do siebie i żyliśmy pełnią szczęścia. Niestety to tylko sen i wiem, że to nigdy sie nie zdarzy. Już nigdy go nie zobaczę. Gorace łzy zaczęły żłobić moje policzki. Nigdy nie przeżywałam rozstania tak jak teraz. Czułam, że to co przeżyłam już jest za mną. Och, gdyby nie ten cholerny Kol...Złapałam się za głowę i zaczęłam się kiwać w przód i tył tak jak to robiłam w dzieciństwie, gdy się czegoś bałam. Jestem wampirem i nie powinnam się niczego bać. A cierpiałam przez jakiś tam zawód miłosny. Ironia losu? Niezbyt. Wyjrzałam przez okno. Krajobraz miejski ustąpił teraz miejsca łąkom i pastwiskom. Gdyby to ode mnie zależało to cały pociąg już by nie żył. Jak tylko dojadę do Hogwartu, będę musiała zapolować. Na głodzie juz dłużej nie wytrzymam, zwłaszcza, że powinnam w miarę możliwości polować codziennie, a tak to minęło już 3 dni od mojego ostatniego posiłku. Drzwi od przedziału uchyliły się i do środka wszedł znany mi już chłopak. Siadł naprzeciwko mnie.
-Zapomniałem się przedstawić. Jestem Draco. - wyciągnął dłoń w moim kierunku. Podałam mu również swoją. Jego dotyk sprawił, że przeszły mi ciarki po plecach, więc szybko wyrwałam mu swoją dłoń, spuściwszy wzrok na moje kolana. Jego zapach był nie do zniesienia. Z trudnością panowałam nad swoją samokontrolą. Jego krew przyzywała mnie, przełknęłam ślinę.
-Elena, ale dla przyjaciół Elly. - uśmiechnęłam się blado, starając się ukryć przed nim targające mną emocje. Podkuliłam nogi i oparłam na nich brodę. Kły zaczęły niebezpiecznie się wydłużać przez co czułam ból. Oby tylko nie zobaczył mojej skrzywionej miny.
-Nigdy Cię nie widziałem w Hogwarcie. - przyjrzał mi się badawczo. Jego szare tęczówki przeszywały mnie na wylot.
-Bo uczyłam się w innej szkole. - wyszeptałam i pustym wzrokiem patrzyłam przez okno. Za niedługo mieliśmy się znaleźć w Hogwarcie. Milczeliśmy. Atmosfera między nami była bardzo gęsta, tak, że można ją było kroić nożem. Ten chłopak jest kompletną zagadką dla mnie. Ja, Elena Marie Gilbert - mistrzyni w manipulowaniu ludźmi, nie umie rozgryźć zwykłego, marnego człowieka. Marnego? Matko Boska, ta wampirza natura przejmuje stery nad moim życiem i postrzeganiem świata. Zerknęłam na niego ukradkiem. Miał całkiem miłą aparycję. Zamyślone, stalowoszare oczy, kształtny nos no i te usta....No czemu wampiry muszą odczuwać, aż tak wszystkie emocje, uczucia? Zaklęłam w duchu. Czasami uważałam wampiryzm za katorgę, wieczną mękę, na którą zostałam skazana.
"Bycie wampirem nie jest proste. Spójrz na Stefana. Mimo, że upłynęło już tyle lat od naszej przemiany, on nadal nie umie zapanować nad żądzą krwi. Gdy była jeszcze Lexi, to jako tako sobie radził, ale teraz... Mam wrażenie, że siedząca w nim bestia pragnie ujawnić się, wyjść na zewnątrz i całkowicie zapanować nad nim. Boję się, że go wtedy stracę na zawsze....Nawet w latach 20. nie odczuwałem takiego strachu, jaki odczuwam teraz. Gdy Stefan był znany pod pseudonimem 'Rozpruwacz', starałem się mu pomóc, niestety z pomocą Lexi, która chciała wyciągnąć go z tego bagna. Nie wiem do tej pory co nim kierowało, że wyłączył uczucia. Katherine "nie żyła" od ponad 40 lat...Dlatego Eleno, uparcie twierdzę, że to nie dla Ciebie. Kocham Cię w każdej wersji, ale nie zniosę tego, że będziesz cierpiała męki na wieki...Proszę Cię, stań się człowiekiem tak jak tego zawsze pragnęłaś. Załóż rodzinę, patrz jak dorastają twoje wnuki...Bycie wampirem oznacza skazanie na całkowite potępienie i udrękę. Może i tego nie widać po mnie, bo całkiem nieźle sobie radzę z byciem tym kim jestem, ale Stefan jest dobitnym przykładem na to, że możesz nigdy nie pogodzić się z tym, że ktoś na kim ci cholernie zależało - już nie żyje. I pamiętaj jeszcze jedno: Zawsze będę Cię kochał - bez względu na wszystko."
Słowa Damona o 'byciu wampirem' odbijały mi się echem w głowie. Przymknęłam oczy, aby sobie przypomnieć sytuację. No tak, to było wtedy, gdy stałam się wampirem ponad rok temu. Jezu, on chyba dostrzegł jak bardzo byłam podobna do Stefana, chociaż ja uważałam inaczej. Poczułam jak pieką mnie oczy i gorący, słonawy płyn leci ciurkiem po policzkach. Otarłam je dyskretnie rękawem, aby Draco nie zauważył, że się rozklejam. Koniec z tym! Żadnego mazgajenia się! Co się stało, to się nie odstanie. Zerknęłam w bok. Chłopak patrzył zamyślony na widoki za oknem. Jego włosy opadały łagodnie na czoło, aż miałam ochotę je zmierzwić, albo chociaż dotknąć. Postanowiłam przerwać milczenie.
- Kiedy dowiedziałeś się, że jesteś czarodziejem? - wyrwałam go z kontemplowania życia, gdyż spojrzał na mnie rozdrażnionym wzrokiem.
-Od zawsze wiedziałem. A co cię to obchodzi? - burknął pod nosem, wracając do obserwowania zmieniającego się krajobrazu za oknem. Ocho, bycie miłym chyba go przerastało.
-Nic, tak się pytam. - mruknęłam, wyciągając książkę z torby. Czytanie, podobnie jak słuchanie muzyki zawsze mnie odprężało. Wciągało mnie to bez reszty i wyłączałam się całkowicie. Akurat wzięłam ze sobą arcyciekawą książkę pt. "Wichrowe Wzgórza". Książka była bardzo stara, prawie, że rozlatywała mi się w rękach, ale miałam do niej sentyment. Dostałam ją od Damona na moje 17. urodziny tuż przed naszą "epicką" kłótnią i odkryciem mojego romansu z Kolem. Nie mógł uwierzyć w to, że go tak poprostu zdradziłam.
"Jesteś kłamliwą suką jak Katherine. Najwidoczniej myliłem się co do Ciebie. Ty, podobnie jak Katherine uwielbiasz wzbudzać zainteresowanie i puszczasz się z kim popadnie. Najpierw Stefan, potem ja. Podobało Ci się?! Historia lubi się powtarzać. Zaufałem Ci, pokazałem jaki jestem naprawdę, a ty wykorzystałaś to w bardzo perfidny sposób. Wiedziałaś, że nienawidzę Pierwotnych, a szczególnie Kola i Klausa. Ale nie....nasza NIEWINNA Elena Gilbert musiała przespać się z jednym z nich. Nadal nie mogę w to uwierzyć, ale to co teraz powiem to jest najszczersza prawda jaką w życiu powiedziałem: NIENAWIDZĘ CIĘ. Chcę, abyś zniknęła z mojego życia, tak jak się pojawiłaś. Doppelganger....po raz ostatni sobie na to pozwoliłem, aby , ktoś zabawił się moimi uczuciami. To koniec. Kochałem Cię i kocham nadal, ale moje serce zostało okrutnie zniszczone przez Ciebie. Jutro nie chcę Cię już tu widzieć. Stefan podziela moje zdanie. "
I ten wzrok młodszego Salvatore'a, gdy go mijałam...Współczucie, litość. Coś czego nieznoszę. To mnie zabiło. Czym prędzej spakowałam się i następnego dnia byłam już w Londynie. Przekartkowałam książkę. Trafiłam na moment, który zawsze mnie wzruszał. I jak myślałam, będzie dotyczyć mnie i Damona. Opisywał naszą miłość, która jak miałam wrażenie była nieskończona. No, ale od czasu do czasu można się mylić.
"Nasze dusze są jednakowe, cokolwiek się na nie składa. Dusza Lintona różni się od mojej tak samo, jak promień księżyca od błyskawicy, jak mróz od ognia."
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Emily Bronte, Wichrowe Wzgórza. {Cathy o Heathcliffie}
The Beggining.
Ostatni ciuch wylądował w mojej walizce. Rozejrzałam się z rozrzewnieniem po moim pokoju. Na biurku walały się papiery z notatkami oraz podręczniki z mojej mugolskiej szkoły. Stary komputer pokryty warstwą kurzu. Mój nowy laptop leżący na stole. Plakaty porozwieszane na drewnianej ścianie. Szafa stojąca półotwarta przy łóżku, które zresztą było zbyt małe na mnie. W sumie mogłam użyć magii, aby je odrobinę powiększyć, ale w świecie mugoli nie można było czarować. Zamknęłam walizkę i kufer na cztery spusty. To był mój ostatni raz, gdy stałam w moim przytulnym pokoju. Zeszłam na dół. Tata siedział na kanapie i oglądał telewizję. W ręce trzymał piwo. Zapewne oglądał jakiś dobry dramat lub obyczaj, gdyż nie zwrócił nawet uwagi na to, że stoję tuż obok niego. Mama była w pracy, w księgarni. Spuściłam głowę. Powinnam się pogodzić z tym, że rodzice mną się nigdy nie interesowali. Odkąd dostałam list z Hogwartu nabrałam nadziei na lepsze jutro, że zapomnę o tym co przeżyłam w domu rodzinnym (o ile można go tak nazwać). Zawsze mogłam liczyć tylko na moich dziadków, którzy mieszkali blisko 50 km ode mnie. Oni jedynie mnie wspierali, gdy dostawałam złe oceny, gdy pokłóciłam się z moją przyjaciółką. Otrząsłam się z ponurych myśli. Nie chcę wracać do traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Podeszłam do szafki w kuchni i wyjęłam kubek. Nalałam sobie trochę wody. Zawsze koiła moje skołatane nerwy. Spojrzałam na zegarek. 10:45. Miałam jeszcze sporo czasu do wyjazdu pociągu, ale postanowiłam, że pochodzę sobie jeszcze po mieście i spotkam się z przyjaciółkami. Będę za nimi tęsknić no, ale cóż - nie miałam wyboru. Dopiłam wodę i zaczęłam się ubierać: na nogi moje ulubione czarne, skórzane nabijane ćwiekami botki do kostek, do tego czarne dżinsy rurki, ciemnoniebieska koszula w kratę i skórzana kurteczka. Po raz ostatni spojrzałam na tył głowy mojego szanownego ojczulka. Ani drgnął.
-To ja idę. Cześć. - odezwałam się lekko zachrypniętym głosem. Włożyłam różdżkę do kieszeni, a potem wzięłam do ręki i kufer i walizkę. Otworzyłam drzwi i wyszłam. Koniec. To już jest koniec. Trzeba zamknąć za sobą ten rozdział i zacząć nowe życie. Bez rodziców. Sama będę pracować na własny rachunek. Zamieszkam w jakimś ustronnym miejscu i będę uczyć się w Hogwarcie. Nauka zajmie moje myśli i przestanę myśleć o rodzicach. Rodzicach. Jak to beznadziejnie brzmi. Wolałabym jakbym nie miała rodziców. Te krzywdy z ich strony...Tego się nie da zapomnieć tak po prostu. Stałam przed domem kompletnie sama. Wiał chłodny wiatr i zadrżałam z zimna. Byłam ubrana tylko w skórzaną, cienką kurtkę. Szybkim krokiem ruszyłam ulicą przy której mieszkałam. Za sobą ciągnęłam kufer, a w ręce ściskałam walizkę z moimi ubraniami. Do Dziurawego Kotła i centrum Londynu miałam dość spory kawałek, gdyż mieszkałam na obrzeżach miasta. Musiałam iść piechotą, ponieważ nie miałam pieniędzy na taksówkę. Założyłam słuchawki i puściłam muzykę z mojej mp4. Trafiło na piosenkę Katy Perry "Roar". Polubiłam ją ostatnio i słuchałam jej coraz częściej. Z muzyką na uszach szłam prosto przed siebie nawet nie patrząc czy ktoś nadchodzi z naprzeciwka. Po chwili wpadłam na coś twardego i upadłam na chodnik. Słuchawki wypadły mi z uszu.
-Co jest do cho...- zaklęłam pod nosem i uniosłam głowę. Nade mną stał młody chłopak o platynowych, roztrzepanych włosach. Kosmyki opadały mu zawiadiacko na czoło. Brwi miał uniesione w niemym zaskoczeniu. Jego oczy były niespotykanej dotąd barwy stalowoszarej. Nałożony na sobie miał czarny, dwurzędowy płaszcz idealnie współgrający z jego ciasnymi, ciemnoniebieskimi dżinsami. Totalnie mnie zatkało. Taki przystojniak...Z zamyślenia wyrwał mnie jego męski baryton:
-Bardzo przepraszam...Nie zauważyłem Pani. - wyciągnął w moją stronę dłoń. Ja odruchowo podałam mu swoją rękę. Mocny, pewny chwyt. Gdy gwałtownie powstałam, zatoczyłam się i wpadłam w jego ramiona. Kurczowo chwyciłam się jego karku. Poczułam miłą nutę męskich perfum.
-Dz-dziękuję. - wyjąkałam, rumieniąc się jak burak. Otrzepałam się. Podniosłam leżące walizkę i kufer. Chłopak bacznie się mi przyglądał.
-Nie ma za co. - obróciłam się ponownie ku niemu. Wpatrywał się we mnie z zainteresowaniem. To nie moja wina, że był taki przystojny. Wprost nie mogłam oderwać od niego oczu. O dziwo, byłam przy nim dziwnie onieśmielona. Nie wiedziałam jak się zachować. W innym, mugolskim życiu nie mogłam się opędzić od adoratorów. Matt, Stefan, Damon...nawet Kol. Ale żadnego z nich nie kochałam wystarczająco. Największą pustkę i spustoszenie w moim sercu pozostawił Damon. To jego najmocniej i najdłużej kochałam. Może nawet nadal go kocham. Na wspomnienie o nim moje serce znów rozpadło się na milion kawałków. Ja już nie miałam serca. Zostało wyrwane wraz z korzeniami z mojego ciała wraz z odejściem starszego Salvatore'a. Cofnęłam sie kilka kroków i spuściłam głowę w dół, aby nie zauważył łez pojawiających się w moich oczach. On miał takie same oczy jak Damon. Boże, za jakie grzechy? Aby się nie rozkleić, burknęłam:
-No to cześć.- minęłam go, siorbiąc nosem. Kółka od walizki rytmicznie wybijały rytm na kostkach chodnika. Do przejścia zostało mi jeszcze ok. 3 km. Jak nic spóźnię się na pociąg.
- CZEKAJ! - usłyszałam za sobą. Nie wiem czemu, ale przyspieszyłam. Teraz to prawie biegłam. Mój psor od wf-u gdyby to zobaczył, byłby dumny ze mnie. Przebiegłam przez ulicę i zaszyłam się w jakimś zaułku. Oparłam się plecami o mur. Chłopak przebiegł obok mnie nie zauważając mojej skromnej osoby. Przymknęłam oczy. Z oczodołów popłynęły łzy. Już nie mogłam dłużej ukrywać w jakim napięciu emocjonalnym żyłam. Teraz tama pękła. Wezbrane fale łez trysnęły ciurkiem po policzkach. Rozszlochałam się. Moje życie bez Damona nie miało sensu. Tęskniłam za mocnym uściskiem jego męskich ramion, za jego perfumami, jego łobuzerskim uśmiechem, jego czarnymi, lśniącymi jak skrzydła kruka włosami, które lubiłam niegdyś tarmosić. A teraz....Teraz już nic nie miałam. Osunęłam się bezradna na brudny chodnik. I po co mi był ten romans z Kolem? Nie dość miałam problemów. Silas zabił Katherine, Stefan dochodził do siebie, Caroline cieszyła się obecnością Klausa, a Bonnie....O niej w sumie nic nie wiedziałam. Był również jeden problem: byłam wampirem. Czasami odczuwałam mocną potrzebę zabicia człowieka i wypicia krwi, ale obiecałam sobie i Damonowi, że będę pić tylko z torebki. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w rytmiczne bicie mojego serca, które nie raz było złamane na pół, ale nie tak dotkliwie jak po tym rozstaniu.
-No czas się ogarnąć...- mruknęłam do siebie i wstałam, prostując moje nogi. Otrzepałam się, aby wyglądać jako tako i wyszłam z zaułku. Rozejrzałam się. Nigdzie nie widać było tego chłopaka. Odetchnęłam. Nie chciałam znaleźć się w kolejnej kompromitującej mnie sytuacji.
30 min później:
Peron Kings Cross przepełniony był ludźmi, którzy albo wyjeżdżali do rodziny albo do pracy. Stałam trochę przytłumiona wonią ludzkiej krwi. Słyszłam kilkaset tętnic proszących aż, aby je wysuszyć z krwi. Poczułam ból w dziąsłach. Syknęłam. Nadal się nie przyzwyczaiłam do moich kłów, które się pojawiały jak miałam chęć na krew. Wokół moich oczów pojawiły się charakterystyczne żyłki. Jak dawno już nie jadłam....Wzięłam głęboki wdech. Tylko spokojnie. Żądza krwi nie może zapanować nade mną. Już widziałam jak Stefana ogarnęło krwawe szaleństwo i doprowadziło to do paru tragedii. Teraz nie wiedziałam o nim nic nowego odkąd przeprowadziłam się do Londynu dwa miesiące temu. Tylko dostawałam co jakiś czas zdawkowe maile od Caroline. Poprawiłam torbę na ramieniu i zaczęłam się przedzierać przez niezliczoną rzeszę ludzi. W dłoni ściskałam bilet ku przyszłości. Peron 9 i 3/4. Tak przechodząc obok ludzi różnej narodowości, różnej religii stanęłam między peronem 10, a 9. Obejrzałam się czy przypadkiem ktoś nie zobaczy jak wchodzę w mur. Popchnęłam wózek przed siebie i szybkim krokiem wbiegłam w mur. Niestety ktoś się mnie uczepił i szarpnął za rękaw mojej kurtki. To nie było miłe. Stałam już na właściwym peronie. Obróciłam się ku postaci, która mnie w tak brutalny sposób potraktowała. Zaniemówiłam. To był ten sam chłopak, który potrącił mnie na ulicy! Zmrużyłam oczy i podparłam się pod boki. Bezczelny!
-I znowu się spotykamy. - uśmiechnął się kpiąco. Aż się we mnie zagotowało. O mały włos, a bym go powaliła i zabiła. Jednak opanowałam się.
-Czego chcesz? - mruknęłam zła, że znowu go spotkałam. Jeszcze nigdy nie widziałam tak nachalnego gościa.
-Porozmawiać, poznać siebie nawzajem skoro mamy być w jednym domu...- wyjaśnił blondyn.
-Że co proszę? - udałam, że się przesłyszałam. Ten chłopak powoli działał mi na nerwy. A źle jest jak się rozwścieczy wampira...
-No już wszyscy w Slytherinie o tym mówi. Jesteś Elena, prawda? - uniósł kącik ust w uśmiechu. Zawstydziłam się. Nie powinnam jednak na niego tak wrzeszczeć.
-To ja jestem już aż tak popularna? - zaśmiałam się. Chłopak oparł się o mur z nieodgadnioną miną.
-No może nie tak bardzo jak ja...ale ogólnie to tak. - zaczął się śmiać, a ja wkrótce do niego dołączyłam. Jak na niego miał niezwykłe poczucie humoru. Razem przeszliśmy przez peron pełen ludzi, którzy gapili się na nas niezbyt się z tym kryjąc. Ponad ramieniem chłopaka spostrzegłam rudowłosą rodzinę, a przy nich stojąca kasztanowłosą dziewczynę oraz czarnowłosego chłopaka. Ten czarnowłosy to musiał być Harry,a ta obok Hermiona. Blondyn zauważył, gdzie się patrzę i chwycił mnie mocno za nadgarstek.
-Nie warto zadawac się z takimi śmieciami jak oni. - burknął i podprowadził mnie do wejścia do pociągu. Rodzina zniknęła nam z oczu.
-Jak tak możesz o innych mówić! - oburzyłam się. Ten chłopak nie zdawał sobie chyba sprawy z tego, że jest ordynarny. Odwróciłam się od niego i wsiadłam do wagonu. Zdążyłam jeszcze usłyszeć głos innego chłopaka:
-Widzę, że znalazłeś sobie nową zabaweczkę. - ton wypowiedzi przesycony był jadem i nienawiścią. Pokręciłam głową z dezaprobatą i poszłam korytarzem wzdłuż przedziałów. Jak tak mozna kogoś nienawidzieć? Z tymi rozmyślaniami weszłam do jedynego pustego przedziału. Wciągnęłam bagaże na półkę i usiadłam przy oknie. Na peronie uczniowie żegnali się z rodzicami. Włożyłam słuchawki do uszu i puściłam muzykę. Trafiło na "You Got It" Roya Orbisona. Miałam wszystko gdzieś. Tylko ja i muzyka. Zawsze mnie to odprężało. Zamknęłam oczy, chcąc przespac całą podróż. Ale nie było mi to dane. Drzwi od mojego przedziału huknęły. Zlękłam się i wyjęłam słuchawki z uszu. W progu stał młody, rudowłosy, dobrze zbudowany chłopak. I nie przyszedł tu chyba w dobrych zamiarach. Jego twarz była czerwona jak burak.
-Wynoś się stąd. To nasz przedział. - warknął. Za nim stali Hermiona i Harry.
-A niby z jakiej racji? - odparłam hardo patrząc mu w oczy. Byłam wampirem i mogłam go zahipnotyzować, ale obiecałam sobie, że na nikim nie wymusze swojej woli.
-Ron, daj spokój. Siądziemy z Luną, Nevillem i Ginny. - czarnowłosy położył dłoń na ramieniu przyjaciela. Spojrzał na mnie przepraszająco.
-Mamy ustąpić Ślizgonce?! Po moim trupie! - wydarł się Rudzielec. Wywróciłam oczami i skrzyżowałam ręce na piersi. Koleś powoli wyczerpywał moją cierpliwość. Skierował różdżkę w moją stronę.
-Ron...- dziewczyna usiłowała go powstrzymać przed rzuceniem jakieś paskudnej klątwy na mnie. Chłopak jeszcze raz łypnął na mnie okiem i odszedł, a za nim jego przyjaciele. A już myślałam, że coś mi zrobi...Pociąg ruszył. Czekał na mnie ciekawy rok, zwłaszcza z tym narwanym Ronem i jego przyjaciółmi. Spowrotem wcisnęłam słuchawki na uszy i wraz z muzyką odpłynęłam.
-To ja idę. Cześć. - odezwałam się lekko zachrypniętym głosem. Włożyłam różdżkę do kieszeni, a potem wzięłam do ręki i kufer i walizkę. Otworzyłam drzwi i wyszłam. Koniec. To już jest koniec. Trzeba zamknąć za sobą ten rozdział i zacząć nowe życie. Bez rodziców. Sama będę pracować na własny rachunek. Zamieszkam w jakimś ustronnym miejscu i będę uczyć się w Hogwarcie. Nauka zajmie moje myśli i przestanę myśleć o rodzicach. Rodzicach. Jak to beznadziejnie brzmi. Wolałabym jakbym nie miała rodziców. Te krzywdy z ich strony...Tego się nie da zapomnieć tak po prostu. Stałam przed domem kompletnie sama. Wiał chłodny wiatr i zadrżałam z zimna. Byłam ubrana tylko w skórzaną, cienką kurtkę. Szybkim krokiem ruszyłam ulicą przy której mieszkałam. Za sobą ciągnęłam kufer, a w ręce ściskałam walizkę z moimi ubraniami. Do Dziurawego Kotła i centrum Londynu miałam dość spory kawałek, gdyż mieszkałam na obrzeżach miasta. Musiałam iść piechotą, ponieważ nie miałam pieniędzy na taksówkę. Założyłam słuchawki i puściłam muzykę z mojej mp4. Trafiło na piosenkę Katy Perry "Roar". Polubiłam ją ostatnio i słuchałam jej coraz częściej. Z muzyką na uszach szłam prosto przed siebie nawet nie patrząc czy ktoś nadchodzi z naprzeciwka. Po chwili wpadłam na coś twardego i upadłam na chodnik. Słuchawki wypadły mi z uszu.
-Co jest do cho...- zaklęłam pod nosem i uniosłam głowę. Nade mną stał młody chłopak o platynowych, roztrzepanych włosach. Kosmyki opadały mu zawiadiacko na czoło. Brwi miał uniesione w niemym zaskoczeniu. Jego oczy były niespotykanej dotąd barwy stalowoszarej. Nałożony na sobie miał czarny, dwurzędowy płaszcz idealnie współgrający z jego ciasnymi, ciemnoniebieskimi dżinsami. Totalnie mnie zatkało. Taki przystojniak...Z zamyślenia wyrwał mnie jego męski baryton:
-Bardzo przepraszam...Nie zauważyłem Pani. - wyciągnął w moją stronę dłoń. Ja odruchowo podałam mu swoją rękę. Mocny, pewny chwyt. Gdy gwałtownie powstałam, zatoczyłam się i wpadłam w jego ramiona. Kurczowo chwyciłam się jego karku. Poczułam miłą nutę męskich perfum.
-Dz-dziękuję. - wyjąkałam, rumieniąc się jak burak. Otrzepałam się. Podniosłam leżące walizkę i kufer. Chłopak bacznie się mi przyglądał.
-Nie ma za co. - obróciłam się ponownie ku niemu. Wpatrywał się we mnie z zainteresowaniem. To nie moja wina, że był taki przystojny. Wprost nie mogłam oderwać od niego oczu. O dziwo, byłam przy nim dziwnie onieśmielona. Nie wiedziałam jak się zachować. W innym, mugolskim życiu nie mogłam się opędzić od adoratorów. Matt, Stefan, Damon...nawet Kol. Ale żadnego z nich nie kochałam wystarczająco. Największą pustkę i spustoszenie w moim sercu pozostawił Damon. To jego najmocniej i najdłużej kochałam. Może nawet nadal go kocham. Na wspomnienie o nim moje serce znów rozpadło się na milion kawałków. Ja już nie miałam serca. Zostało wyrwane wraz z korzeniami z mojego ciała wraz z odejściem starszego Salvatore'a. Cofnęłam sie kilka kroków i spuściłam głowę w dół, aby nie zauważył łez pojawiających się w moich oczach. On miał takie same oczy jak Damon. Boże, za jakie grzechy? Aby się nie rozkleić, burknęłam:
-No to cześć.- minęłam go, siorbiąc nosem. Kółka od walizki rytmicznie wybijały rytm na kostkach chodnika. Do przejścia zostało mi jeszcze ok. 3 km. Jak nic spóźnię się na pociąg.
- CZEKAJ! - usłyszałam za sobą. Nie wiem czemu, ale przyspieszyłam. Teraz to prawie biegłam. Mój psor od wf-u gdyby to zobaczył, byłby dumny ze mnie. Przebiegłam przez ulicę i zaszyłam się w jakimś zaułku. Oparłam się plecami o mur. Chłopak przebiegł obok mnie nie zauważając mojej skromnej osoby. Przymknęłam oczy. Z oczodołów popłynęły łzy. Już nie mogłam dłużej ukrywać w jakim napięciu emocjonalnym żyłam. Teraz tama pękła. Wezbrane fale łez trysnęły ciurkiem po policzkach. Rozszlochałam się. Moje życie bez Damona nie miało sensu. Tęskniłam za mocnym uściskiem jego męskich ramion, za jego perfumami, jego łobuzerskim uśmiechem, jego czarnymi, lśniącymi jak skrzydła kruka włosami, które lubiłam niegdyś tarmosić. A teraz....Teraz już nic nie miałam. Osunęłam się bezradna na brudny chodnik. I po co mi był ten romans z Kolem? Nie dość miałam problemów. Silas zabił Katherine, Stefan dochodził do siebie, Caroline cieszyła się obecnością Klausa, a Bonnie....O niej w sumie nic nie wiedziałam. Był również jeden problem: byłam wampirem. Czasami odczuwałam mocną potrzebę zabicia człowieka i wypicia krwi, ale obiecałam sobie i Damonowi, że będę pić tylko z torebki. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w rytmiczne bicie mojego serca, które nie raz było złamane na pół, ale nie tak dotkliwie jak po tym rozstaniu.
-No czas się ogarnąć...- mruknęłam do siebie i wstałam, prostując moje nogi. Otrzepałam się, aby wyglądać jako tako i wyszłam z zaułku. Rozejrzałam się. Nigdzie nie widać było tego chłopaka. Odetchnęłam. Nie chciałam znaleźć się w kolejnej kompromitującej mnie sytuacji.
30 min później:
Peron Kings Cross przepełniony był ludźmi, którzy albo wyjeżdżali do rodziny albo do pracy. Stałam trochę przytłumiona wonią ludzkiej krwi. Słyszłam kilkaset tętnic proszących aż, aby je wysuszyć z krwi. Poczułam ból w dziąsłach. Syknęłam. Nadal się nie przyzwyczaiłam do moich kłów, które się pojawiały jak miałam chęć na krew. Wokół moich oczów pojawiły się charakterystyczne żyłki. Jak dawno już nie jadłam....Wzięłam głęboki wdech. Tylko spokojnie. Żądza krwi nie może zapanować nade mną. Już widziałam jak Stefana ogarnęło krwawe szaleństwo i doprowadziło to do paru tragedii. Teraz nie wiedziałam o nim nic nowego odkąd przeprowadziłam się do Londynu dwa miesiące temu. Tylko dostawałam co jakiś czas zdawkowe maile od Caroline. Poprawiłam torbę na ramieniu i zaczęłam się przedzierać przez niezliczoną rzeszę ludzi. W dłoni ściskałam bilet ku przyszłości. Peron 9 i 3/4. Tak przechodząc obok ludzi różnej narodowości, różnej religii stanęłam między peronem 10, a 9. Obejrzałam się czy przypadkiem ktoś nie zobaczy jak wchodzę w mur. Popchnęłam wózek przed siebie i szybkim krokiem wbiegłam w mur. Niestety ktoś się mnie uczepił i szarpnął za rękaw mojej kurtki. To nie było miłe. Stałam już na właściwym peronie. Obróciłam się ku postaci, która mnie w tak brutalny sposób potraktowała. Zaniemówiłam. To był ten sam chłopak, który potrącił mnie na ulicy! Zmrużyłam oczy i podparłam się pod boki. Bezczelny!
-I znowu się spotykamy. - uśmiechnął się kpiąco. Aż się we mnie zagotowało. O mały włos, a bym go powaliła i zabiła. Jednak opanowałam się.
-Czego chcesz? - mruknęłam zła, że znowu go spotkałam. Jeszcze nigdy nie widziałam tak nachalnego gościa.
-Porozmawiać, poznać siebie nawzajem skoro mamy być w jednym domu...- wyjaśnił blondyn.
-Że co proszę? - udałam, że się przesłyszałam. Ten chłopak powoli działał mi na nerwy. A źle jest jak się rozwścieczy wampira...
-No już wszyscy w Slytherinie o tym mówi. Jesteś Elena, prawda? - uniósł kącik ust w uśmiechu. Zawstydziłam się. Nie powinnam jednak na niego tak wrzeszczeć.
-To ja jestem już aż tak popularna? - zaśmiałam się. Chłopak oparł się o mur z nieodgadnioną miną.
-No może nie tak bardzo jak ja...ale ogólnie to tak. - zaczął się śmiać, a ja wkrótce do niego dołączyłam. Jak na niego miał niezwykłe poczucie humoru. Razem przeszliśmy przez peron pełen ludzi, którzy gapili się na nas niezbyt się z tym kryjąc. Ponad ramieniem chłopaka spostrzegłam rudowłosą rodzinę, a przy nich stojąca kasztanowłosą dziewczynę oraz czarnowłosego chłopaka. Ten czarnowłosy to musiał być Harry,a ta obok Hermiona. Blondyn zauważył, gdzie się patrzę i chwycił mnie mocno za nadgarstek.
-Nie warto zadawac się z takimi śmieciami jak oni. - burknął i podprowadził mnie do wejścia do pociągu. Rodzina zniknęła nam z oczu.
-Jak tak możesz o innych mówić! - oburzyłam się. Ten chłopak nie zdawał sobie chyba sprawy z tego, że jest ordynarny. Odwróciłam się od niego i wsiadłam do wagonu. Zdążyłam jeszcze usłyszeć głos innego chłopaka:
-Widzę, że znalazłeś sobie nową zabaweczkę. - ton wypowiedzi przesycony był jadem i nienawiścią. Pokręciłam głową z dezaprobatą i poszłam korytarzem wzdłuż przedziałów. Jak tak mozna kogoś nienawidzieć? Z tymi rozmyślaniami weszłam do jedynego pustego przedziału. Wciągnęłam bagaże na półkę i usiadłam przy oknie. Na peronie uczniowie żegnali się z rodzicami. Włożyłam słuchawki do uszu i puściłam muzykę. Trafiło na "You Got It" Roya Orbisona. Miałam wszystko gdzieś. Tylko ja i muzyka. Zawsze mnie to odprężało. Zamknęłam oczy, chcąc przespac całą podróż. Ale nie było mi to dane. Drzwi od mojego przedziału huknęły. Zlękłam się i wyjęłam słuchawki z uszu. W progu stał młody, rudowłosy, dobrze zbudowany chłopak. I nie przyszedł tu chyba w dobrych zamiarach. Jego twarz była czerwona jak burak.
-Wynoś się stąd. To nasz przedział. - warknął. Za nim stali Hermiona i Harry.
-A niby z jakiej racji? - odparłam hardo patrząc mu w oczy. Byłam wampirem i mogłam go zahipnotyzować, ale obiecałam sobie, że na nikim nie wymusze swojej woli.
-Ron, daj spokój. Siądziemy z Luną, Nevillem i Ginny. - czarnowłosy położył dłoń na ramieniu przyjaciela. Spojrzał na mnie przepraszająco.
-Mamy ustąpić Ślizgonce?! Po moim trupie! - wydarł się Rudzielec. Wywróciłam oczami i skrzyżowałam ręce na piersi. Koleś powoli wyczerpywał moją cierpliwość. Skierował różdżkę w moją stronę.
-Ron...- dziewczyna usiłowała go powstrzymać przed rzuceniem jakieś paskudnej klątwy na mnie. Chłopak jeszcze raz łypnął na mnie okiem i odszedł, a za nim jego przyjaciele. A już myślałam, że coś mi zrobi...Pociąg ruszył. Czekał na mnie ciekawy rok, zwłaszcza z tym narwanym Ronem i jego przyjaciółmi. Spowrotem wcisnęłam słuchawki na uszy i wraz z muzyką odpłynęłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)